X-men: Pierwsza klasa (X-men: First Class)
To już nie moda,
to szał na prequele.
I nie mam nic przeciwko. Kino żyło zawsze z kontynuacji hitów (sequele). Kolejny i kolejny „odcinek” wchodził na ekrany. Publika szalała i chodziła na kolejną odsłonę tego samego. Ileż to odsłon Rambo? Piratów z Karaibów? Krwawej Piły 1,2,3,4,5… Wzgórz co mają oczy 1,2,3… Krzyku 1,2,3,4…
Dobry prequel wymaga szczypty pomysłu i przynajmniej poprawnej realizacji. A dodatkowo odświeża coś nam już znanego. W przypadku X-menów (podobnie jak w przypadku prequelu Star Treka) sprawa jest banalnie prosta. Trzeba pokazać jak TO się stało. Jak doszło do tego, że „dorośli” X-meni są tacy jacy są. I skąd się wzięli. Opowiedzieć taką historię to banał.
Ja X-Menów jakoś nie lubię. Nie wpasowują się w mój przedział filmów ulubionych. Tak po prostu. Podobnie nie szaleję za Star Trekiem.
Tymczasem prequel X-Men Pierwsza Klasa zaskoczył mnie pozytywnie. Długi to film, a ogląda się szybko. Poznawanie młodych X-Menów wzbudza ciekawość. I tak jeden po drugim poznajemy ich i ich możliwości. Jest fajnie, jest rozrywkowo. Akcja się toczy. Rozrywka gwarantowana.

Piraci z Karaibów - Na nieznanych wodach (2011)
Johnny Depp, Penelope Cruz, Ian McShane, Geoffrey Rush - jak widzicie, w czwartej odsłonie Piratów z Karaibów z podtytułem Na nieznanych wodach zaszły małe roszady. Ale właściwie niewiele to zmienia. Piraci przekształcili się z filmu w serial. Czwarta część to próba wniesienia czegoś nowego, przy zachowaniu tego co w poprzednich częściach było najlepsze. Próba nieudana - i bardzo dobrze.
Nie oznacza to wcale, że fil jest zły. O nie! Jest rewelacyjny, bo jest taki sam jak poprzednie części. Dostajemy dawkę humoru, przygody i Kapitana Jacka Sparrowa. Film więc niczym nowym nie zaskakuje i konsekwentnie trzyma się konwencji przygodowego, awanturniczego kina rozrywkowego dla całej rodziny.
Ponad wie godziny tejże rozrywki dostarczają widzowi odpowiedniej dawki tego, czego się spodziewał. Jest nowa intryga. Nowe wyzwanie. Nowa przygoda. Wiadomo, że będzie dobrze. Świat Piratów z Karaibów po raz kolejny z pokora znosi eksploatowanie tych samych gagów, postaci i przygód. Ale czyż Indiana Jones, Gwiezdne Wojny i inne filmy nie odcinają kuponów od błyskotliwej pierwszej części. Producenci nie chcą ryzykować czegoś nowego, gdy wiedza, że publiczność czeka na kontynuacje. I publiczność zapłaci. I mają rację.

Jestem bogiem (Limitless, 2011)
Przebojowy. Inteligentny. Przegrany.
Gdyby ktoś podarował Wam pigułkę szczęścia znosząca wszystkie ograniczenia Waszego mózgu, czy przyjęlibyście ją bez względu na konsekwencje? Czyż nie jest to oferta nie do odrzucenia – poczuć się bogiem, być ponad wszystkimi. I to tylko dzięki małej, malutkiej odrobince chemii zamkniętej w pigułce?
I tak oto niepozorny, borykający się z problemami niespełnionej kariery pisarz, przez przypadek otrzymuje dar niebios. Narkotyk, który odmienia jego życie. Odblokowuje cały potencjał mózgu. W kilka dni powstaje bestseller – napisany błyskawicznie na domowym komputerku. Wydawca oniemiał z wrażenia. Ale takie wyzwanie to nie wyzwanie. Giełda – tam są duże pieniądze. Dwa miliony w tydzień. To dopiero rozgrzewka.

Sucker Punch
Mapa. Ogień. Nóż. Klucz. I… Nigdy się nie poddawaj!
Teledyskowy montaż w rytm dynamicznej muzyki. Przeskoki miedzy światami. Szpital psychiatryczny. Wydaje się Wam, że widzieliście już to wszystko. Bo tak, było. Ale nie było tak jak w Sucker Punch.
Po obejrzeniu podzielicie się na dwie grupy. Po jednej stronie ci, którzy znienawidzą ten film bądź uznają go za płytki i bezwartościowy (pozdrowienia dla recenzenta FilmWebu!). Po drugiej stronie znajda się ci, którzy zaczną go uwielbiać. Ja znajduje się w drugim obozie.
Określany jako film akcji i fantasy Sucker Punch rozgrywa się w trzech światach. Każdy jest ucieczka przed poprzednim, ratunkiem i wyzwoleniem. I można w tej fabule doszukiwać się głębi mniejszych lub większych, a można poprzestać na tym co napisałem. Fabuła jest jaka jest. Ale towarzyszy jej niesamowity klimat. Oczywiście teledyskowy montaż wyklucza klimat spokojnego, powoli rozwijającego się spektaklu. Tutaj już od samego początku w rytm znanego utworu Eurytmics rozpoczyna się akcja a zarazem dramat Babydoll – uroczej blondynki, która już wkrótce okaże się niezgorsza postacią niż Azumi.

Władcy umysłów (Adjustment Bureau, 2011)
Filmy na podstawie prozy Philipa K. Dicka sa różne. Częściej nie mają szczęścia niż je mają. Kilka tytułów jednak trafiło na półkę z napisem kultowe. Ot choćby Total Recall (Pamięć Absolutna) z Arnoldem “Terminatorem” Schwarzeneggerem - żeby daleko nie szukac. Proza Dicka jest unikalna i dośc mocno “zakręcona”. Uchwcić klimat Dicka w kinie wiec nie jest prosto. I myśle, że pod tym względem Władcy Umysłów są filmem nad wyraz udanym.Niespodziewający się zbyt wiele widz (czytaj: ten, który nie wnika co to za film, po prostu bierze i ogląda bo opis z tyłu DVD się spodobał i lubi Damona) rozpoczyna seans utwierdzając się w przekonaniu, że być może thriller ale póki co raczej melodramat. Początek to powolny rozwój akcji. Tzw. zawiązanie akcji - jak to się mawia.
Wtem(!!!), choć nie gwałtownie i brutalnie, zaczyna się powoli coś zmieniać. I uwaga widza zaczyna zmieniać polaryzację. Bo coś nie pasuje do tego sielankowego obrazu o miłości i tęsknocie. Niby drobiazg, ale… coś jednak nie pasuje. Skąd on… dlaczego…

