Filmy,  Publicystyka,  Recenzje / Opinie

Poza zasięgiem

Czasem dopada mnie videogłód. Przerzucam wówczas setki swoich płyt z filmami w poszukiwaniu czegoś czego dawno już nie widziałam ale pamiętam, że było dobre i można by sobie było powtórzyć seans. Bywa, że odkrywam coś na nowo lub, że coś nie podoba mi się już tak bardzo jak za pierwszym razem a zdarza się też, że znajduje w stosiku filmy, które mi gdzieś umknęły i nie oglądałam ich wcale, pomimo posiadania. Zatem ostatnio znów wpadła w moje ręce dziewicza płyta.

Poza zasięgiem. Tytuł nic mi nie mówił ale już nazwisko odtwórcy roli głównej jak najbardziej. Steven Seagal. Ok, myślę sobie, nawalanka, mordobicie, ale jak się nie ma co się lubi to się lubi co się ma a głód trza jakoś zaspokoić, niech więc będzie i Seagal. Coś tak mi się w głowie kołatało, że filmy z jego udziałem kiedyś już widziałam, i że nie były takie ostatnie.

Zatem o czym to dzieło, produkcji polsko-amerykańsko-brytyjskiej, traktuje?

Były agent specjalny, William Lansing, pomieszkuje sobie w drewnianym domku na Alasce. Chodzi po lesie i leczy ptaszki wpadające w sidła bo nie chce mu się już być agentem. Spokojny, sielski żywot umila sobie korespondowaniem z 14-to letnią Ireną Morawską, dziewczynką mieszkającą w warszawskim Domu Dziecka. Dlaczego agent z Ameryki pisuje sobie listy z dziewczynką z Polski? Jakim cudem się poznali? Grom wie, ale piszą sobie. To pierwszy absurd. Gdzieś w opisach filmu znalazłam informację, że William jest jednym z uczestników akcji – adopcja na odległość, i Irena jest jego podopieczną. Albo mi to umknęło albo ktoś kto opisywał film sam sobie to dziwne zjawisko wytłumaczył tak a nie inaczej. Gdzieś tam niby jest wzmianka o tym, że faktycznie jest działaczem jakieś organizacji ale jeśli jest on rzeczywistym opiekunem dziewczynki to raczej trzeba to wyczytać między wierszami.

Pewnego dnia, dyrektorka sierocińca, oddaje/sprzedaje grupkę dziewcząt handlarzom żywym towarem. Ta scena też jest dziwna. Dziewczynki wystawione jak na targu a kilku mafiosów ogląda je sobie i wybiera. Wśród wybranych jest Irena, która przed opuszczeniem domu dziecka, zostawia dyrektorce list z prośbą aby ta wysłała go do jej przyjaciela ze stanów. Ta natomiast, sama pisze do Williama, że Irena nie będzie już z nim korespondować.

Zaniepokojony agent wsiada w samolot i przylatuje do Warszawy. I tu zaczyna się ciąg absurdalnych, nielogicznych akcji, posklejanych w idiotyczną całość.

William czuje się w naszej stolicy jak ryba w wodzie. Ma kontakty (skąd?), wie gdzie, co i z czym się je (skąd?) i ma tu przyjaciół (skąd?). Sama Polska pokazana jest stereotypowo. Czyli normalnym, codziennym napojem polskiej policjantki Kasi, delikatnej blondynki, jest setka gorzały bez zapitki. Łyka ją sobie, tu i tam, nie tylko do obiadu. Gdy w jednej ze scen pani detektyw Kasia zostaje ranna, Seagal, zamiast wezwać pogotowie, samodzielnie przeprowadza operację wyjęcia kuli z jej ramienia, pojąc ją przy tym, w ramach znieczulenia, wódą do nieprzytomności.

Dom Dziecka.

Wydaje się, że mieszkało w nim jedynie te kilka sprzedanych dziewcząt i jeden chłopiec, który sobie chodzi gdzie chce i robi co chce, o różnych porach dnia i nocy. Tak na marginesie. Od tego typu instytucji wymagałoby się jednak jako takiej kontroli tego co robią dzieci. W sytuacji gdy dyrektorka jest wplątana w handel żywym towarem, brak kontroli poczynań dzieci jest podwójnie rażący. Jak udało się kobicie funkcjonować poza prawem jeśli dzieciaki mogą bez problemu, w środku nocy, spotykać się z amerykańskimi agentami? Albo pisać do nich listy? Nie widać żadnych innych dzieci ani wychowawców a sam dom przypomina raczej rosyjski poprawczak gdzieś na Syberii.

Raut w ambasadzie.

W piwnicy ambasady ukryta jest Irena, która podczas odbywającego się właśnie rautu ma „wiedzieć co ma robić” jakby ktoś zszedł na dół. Takie polecenie otrzymuje od jednego z bandziorów. I właściwie co ma robić wie chyba tylko sama zainteresowana. Czy chodzi o to, że dziś ktoś ją kupi sobie na stałe, czy może panowie dyplomaci będą korzystać z jej usług? Co ma się z nią stać wie tylko (chyba) reżyser bo widz nie jest dopuszczony do tej tajemnicy. Zresztą do wielu innych też.

William bez najmniejszych problemów dostaje się na bal. Wprowadza go na niego, pojawiający się znikąd, znany wszystkim obecnym, rosyjski dyplomata. Tylko my znów nie wiemy co łączy byłego agenta i Rosjanina. W ambasadzie pojawiają się także wysłannicy agencji amerykańskiej, którzy raz odwiedzili go na Alasce. Pojawiają się znikąd i okazuje się, że dyplomaci różnych narodowości znają wyższych rangą pracowników rządowej agencji amerykańskiej. I każdy wie kogo szukają.

Paranormalne zdolności, nie tylko Ireny.

Jakimś cudem, chyba tylko boskim, Irena, siedząca w piwnicy i pilnowana przez jakiegoś faceta, przekazuje swemu wybawicielowi informacje, ułożoną z sushi. Skąd Irena wie, że przyleciał on do Polski, że jej szuka, i że tu jest, i że akurat jemu zaproponują to specjalne sushi i jak się dostała do kuchni? Bo to było jakieś specjalne sushi, przykryte serwetką i akurat tacę, na której się znajdowało boss mafii kazał podać Williamowi. Kolejny sekret, który główny bohater kwituje uśmiechem skierowanym w stronę sushi i mruknięciem „ona tu jest”.

Nasz dzielny bohater przekonuje do współpracy burdelmamę, której przybytek rozkoszy sąsiaduje z ambasadą i posiada nawet bezpośrednie z nią połączenie w formie drzwi ukrytych w szafie :-)))) Bierze sobie dziwkę, prowadzi ją do pobliskiego baru, w którym za chwilę zjawia się jeden z przestępców i kobitka go uwodzi. Seagal go łomocze, potem przekupuje więc koleś bez żenady wystawia mu swoich kumpli.

W międzyczasie William wraca do ambasady a Irenie udaje się zwiać z piwnicy. Bystre dziewczę biegnie o schodach, zatrzymuje przy jakichś zamkniętych drzwiach, po których drugiej stronie, przypadkiem, w tej samej chwili, stoi jej wybawca i przekazuje mu kolejną wiadomość alfabetem Morsa.

Dalej już tylko sieczka i happy end.

Przy okazji. Nie wiadomo też co stało się z innymi dziewczynkami bo wydaje się, że została już tylko Irenka. Jedną chyba zabili albo zrobili jej inną krzywdę ale kto to wie? A Irena wydaje się być ulubienicą bossa. Rozmawia on z nią przy różnych okazjach a dziewczynka sprawia wrażenie, że wie o co kaman i że jej to leży, bądź też, jest pogodzona z tym co ją czeka. Nie widać tu jakichś specjalnych procesów myślowych, działań przygotowujących Irenę do nowej roboty. Nie widać jej sprzeciwów, ani działań wskazujących na rozwój akcji w którąś stronę. Nic kompletnie.

Film od początku do końca razi brakiem logiki. Wiliam zna topografię Warszawy lepiej niż najstarszy, rodowity taksówkarz. W obcym kraju ma kontakty o jakich nie śniło się KGB. Polska policja jest do bani bo każdy z ulicy może sobie wejść i z marszu czytać najtajniejsze akta. Bolące wręcz nawiązanie do fundacji Itaka, zajmującej się poszukiwaniem osób zaginionych. Tu mamy Itarę, która pod przykrywką poszukiwań, zamieszana jest w handel ludźmi. No i wszyscy chleją gorzałę. Nawet dzieci.

Co jeszcze sprawia ból? Ano, akcja rozgrywa się w Polsce i w całym filmie usłyszymy raptem dwa słowa w rodzimym języku. Wszyscy rozmawiają po angielsku, policjanci na komisariacie, pani detektyw ze swoim wujem, dzieciak z domu dziecka i cała reszta.

No cóż, to zdecydowanie jest najgorszy film jaki w życiu oglądałam. Dwie myśli do dziś nie dają mi spokoju. Jak aktor, o takiej renomie, mógł podjąć się grania w czymś tak dennym oraz druga, jak w ogóle można nakręcić film bez scenariusza. Bo takie odnosi się wrażenie podczas seansu, że scenariusza zwyczajnie nie było i powstawał po prostu w trakcie kręcenia poszczególnych scen nie trzymających się kupy zupełnie. Nie polecam.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *