11.14
Middleton to miasteczko w którym miło sie mieszka. Pewnej nocy, w tym miasteczku, mają miejsce nieoczekiwane(?) wydarzenia. Aż dziw bierze, jak wiele może się wydarzyć między 10.54 a 11.14. Ile osób może zginąć i jak to wszytko może być spójnie powiązane. :)
11.14 to czarna komedia. Nie każdego może śmieszyć humor związany ze śmiercią ludzi. Niemniej jednak, jeśli lubisz czarne komedie, z wisielczym humorem - to ten film jest dla Ciebie! Dla takich widzów film ten jest czysta rozrywką. Można się popłakac ze śmiechu. Można się trzymać za głowe i powtarzać “jakie to głupie”.
Polecam.
“11.14″ - USA, 2003, 85 min
reżyseria i scenariusz: Greg Marcks
obsada: Hilary Swank, Colin Hanks, Rachael Leigh Cook, Henry Thomas

Mechanik (The Machinist)
Czy ten film odbije sie glosnym echem wśród polskich widowni? Chyba nie. Jest po pierwsze troche za amerykanski. U nas tego typu “problemy” nie sa znane. Istnieja, wygladaja inaczej, ale sa pochowane. Lata poprzedniego systemu przyzwyczaily nas, ze nie ma problemow. Lata nowego post-komunistycznego kapitalizmu i kolorowej telewizji dają zas nam przekonanie, ze swiat zachodu jest pelen usmiechnietych dziewczyn z mcdonalda, szczesliwych biznesmenow, usmiechnietych staruszek… Nikt nie wierzy, ze tam, w krainie mlekiem i miodem plynacej, uni naszej kochanej europejskiej czy w bracie-stanach-buszu-zjednoczonym może byc bieda, jakies choroby, problemy ludzi…
Po drugie film jest brzydki, zeby nie powiedziec - odrazajacy. Widok Reznika (statystycznemu Polakowi) przywoluje skojarzenia obozow zaglady raczej niz problemow natury psychicznej. W filmie niewiele jest rzeczy pieknych, wszystko szare, brudne, obskurne. Nawet szczury wystepuja pieknie w rolach drugoplanowych. Mroczno i niefajnie. A tymczasme mamy wiosne w kraju…
Po trzecie - film nie jest prosty w odbiorze. Przeciez traktuje o problemach. Nie jest seria widowiskowych wybuchów, z ktorych bohater wychodzi bez drasniecia, zadowolony, usmiechniety, w niepobrudzonych dżinsach marki dżinsy. Jest wiec zaprzeczeniem kina rozrywkowego, kina popowego, zle komponuje sie z multipleksowa publicznoscia, smakiem popkornu i bulgotem coli.
Sukcesu filmowi nie wróżę. Ale warto obejrzeć. Całkiem dobre kino…
Mechanik (The Machinist)
Hiszpania, 2003, 90 min
reżyseria: Brad Anderson
scenariusz: Scott Kosar
obsada: Christian Bale, Jennifer Jason Leigh, Aitana Sanchez-Gijon

Mgły Avalonu (Mists of Avalon)
“Magiczna legenda Camelotu opowiedziana w nowy i zaskakujący sposób - oczami kobiet mieszkających na dworze króla Artura.”. Ten film to obowiązkowa pozycja dla fanów Celtyckiego Mistycyzmu. A dla pozostałych - najprawdopodobniej przynajmniej warta zobaczenia adaptacja legend starej Brytanii.
Film urzeka magią, klimatem i muzyka Loreeny McKennit. Film urzeka swoją opowieścią - w wiekszości mrocznymi historiami związanymi z mityczną krainą Avalon, władcami panującymi w Brytanii, walczącymi z Saksami. A historie te są wciągające, mroczne, często krwawe, bolesne. Jednym słowem ciekawe. Film, choć bardzo długi, ogląda się ciągle oczekując nowych wydarzeń, wyjaśnień. Ciągle pytamy się - co będzie zaraz? Czy się uda? O czym jeszcze nie wiemy?
Ech… piekny film… :)
Mgły Avalonu (Mists of Avalon)
USA, 2001, 175 min, obyczajowy
reżyseria: Ulrich Edel
obsada: Anjelica Huston, Joan Allen, Julianna Margulies

Wersja Ostateczna (Final Cut)
W niezbyt odległej przyszłości (a może w odległej… ale te ulice wyglądają tak współcześnie) pewna korporacja wpadła na genialny pomysł i wyprodukowała bio-implant, który “rejestruje” życie człowieka. Po śmierci tego człowieka wspomnienia sa “zgrywane” i montażyści układają z tego materiału “wspomnienie” zmarłego. Sortują, przeglądają, tną materiał - kształtują wspomnienia.
Robin Williams… Jakoś nie jestem fanem tego aktora. A już do kina sci-fi to on mi najmniej pasuje. A kino to bez wątpienia sci-fi jest. Fantastyka naukowa może nie emanuje z ekranu i nie biegają po ulicach roboty gonione przez rozwścieczoną małpę jak mieliśmy to w “Ja, Robot”. Film zdecydowanie nie jest kinem rozrywkowym-wizualnie. Akcja też nie jest wartka jak górski potok. Wygląda na to, że z założenia film miał skłaniac do przemyśleń. No więc i skłania…
A moje przemyślenia są następujące. Ja to już (kurna) gdzieś widziałem. I to nawet nie trzeba daleko szukać. Był taki film Strange Days. Co prawda, tam nie było implantu, ale można było ubrać pod perukę taką mackę i nagrywać swoje życie. Ale idea podobna. Tak więc w Final Cut pomysł jakby poszedł dalej. I wydawałoby się, że przez to powinno być lepiej. Niestety wielki potencjał pomysłu został nieudolnie wykorzystany. Bo dostałem ni to kino psychologiczne (w A.I. Sztuczna Inteligencja Spielberga więcej było przemyśleń, i to często głebokich), ni to science-fiction, ni to dramat (naszego montazystę bowiem prześladują wspomnienia z dzieciństwa - obserwował śmierć kolegi, niejako przez swoje działanie spowodowaną). Co gorsza, w filmie brak spójności i logika troszke kuleje przez to naciąganie na siłę.
Brak w filmie głębi i tego magicznego pierwiastka X. Mogło być kino na miarę, lub choćby dobre. Dostajemy przeciętny, rozwleczony film, który nie może się zdecydować czy być fantastyką naukowa czy przypalonym omletem.
Mimo, że film trzyma w miarę równy poziom (gdzieś na dole), i nie jest produkcją całkowicie skazaną na porażkę to moim zdaniem szkoda czasu na kino…

Constantine
John Constantine umarł raz. Spędził 2 minuty ziemskiego czasu w piekle. A tam, wydawało się, że trwało to wieczność. Ale wrócił. Przjerzał na oczy. Ostatecznie został egzorcystą. Wypędza demony z dziewczynek, aż pewnego dnia… gdzieś w niezbyt odległym Meksyku…
Keanu Reeves znów wciela sie w rolę, która do niego pasuje. W teatrze kilku aktorów, sam przeciw wszyskim, rozumiejąc moce i potęge nieobjęta ludzkim umysłem kroczy w kierunku śmierci w widowiskowym filmie z pogranicza grozy i czarnej komedii. “Constantine” to kino rozrywkowe, nie należy się tutaj doszukiwac jakiejś głębi. Szczęśliwie film sam w sobie także nie ma oambicji być kinem ambitnym - pozbawiony tej wady jak i amerykańskiego patetyzmu i heroizmu samotnie walczących bohaterów - jawi się całkiem dobrą pozycją kinową.
Przedstawiona historia jest prosta, wręcz banalna - walka dobra ze złem. Dobra w postaci Boga (całkowicie nieobecnego wizualnie w tym filmie) i zła w postaci szatana, którego słudzy jedne za drugim przewijają się na ekranie. Temat oklepany, pokazany po raz kolejny, w nowym ujęciu. Trochę sensacji. Trochę humoru. Trochę horroru.
