La Zona
Jest gdzieś lecz nie wiadomo gdzie, osiedle murem ogrodzone. Taka oaza ciszy i spokoju, gdzie ludzie zyją spokojnie i bezpiecznie, odseparowani od zagrożeń swiata zewnętrznego. Czyste i bezpieczne uliczki. A po drugiej stronie muru - normalnie - złodzieje, bandyci, zło tego świata. A zło ma tą właściwość, że ciągnie je do światła. Do dobra. Do porzadku. Więc gdy pewnej burzowej nocy małe zło otrzymuje szansę wtargnięcia do edenu - wykorzystuje ją. Pociąga to za soba śmierć, neipotrzebną i przypadkową. Śmierć, która przeraża mieszkańców wydzielonej strefy. Motywuje ich do działania. Na gwałt odpowiadają gwałtem.
Spodziewałbym się więc, ze taki film albo przerodzi się w trzymający w napięciu thriller albo w serie ciężkich wyborów moralnych. Tymczasem napięcia nie ma. Jest niby-nastrój niby-budujacy niby-grozę. Trochę brutalnych ujęć. I bardzo proste rozterki moralne. Cała historia jest wyraźnie opowiedziana, żeby nie było wątpliwości, że źli są źli, a ci dobrzy nawet jak są chwilowo źli to są dobrzy. Jak daleko ludzie posuną się, aby chronić własne osiedle? Czy wszyscy będą jednomyślnie wybierać dobro ogółu ponad to co podpowiada im serce lub rozum?
I tutaj wkraczamy na cieńki lód preferencji widza. Bo jednemu może się podobać mroczno-brudna konwencja leniwego filmu o walce z brutalnością tego świata za pomocą podobnych - równie brutalnych środków. Oraz przebijające sie przez to rozterki młodego chłopaka. Innemu wyda się ten film nudny przez brak napiecia i zbytnie uproszczenia i brak emocji. Taki oczywisty. Oklepany. Niezaskakujący.
Ja chyba zalicze sie do tej drugiej grupy i dam 5/10. Pozostali mogą spokojnie doliczyć 1 albo 2 punkty.

Nikt tego jeszcze nie skomentował.
Kanał RSS dla tego wpisu. TrackBack URL
Dodaj komentarz