Rezydent (Resident, 2011)
Resident ale nie Evil
Skoro już dziś mam taką wenę i przywołuje przed osąd filmy dawniej obejrzane jak i te ostatnio obejrzane to przedstawiam Wam kolejny thriller - Rezydent z Hillary Swank. Film, rzekłbym, dość dziwny. Dziwny, bo całkiem znośny, a nawet nieśmiało mógłbym powiedzieć, że klimatyczny i dobry. Mimo, że bardzo powoli się rozkręca to ma w sobie to coś, co sprawia, że atmosfera gęstnieje w miarę oglądania.
Choć na początku wydaje się, że jednak to będzie horror i zaraz jakieś koszmarne Bobo* wyskoczy z zamkniętej szafy roztrzaskując w drzazgi drewniane żaluzje (bo takie są te amerykańskie szafy). Szczęśliwie dla Hilary jak i dla nas nic takiego się nie dzieje.
Co prawda z końcem filmu nie Bobo i nie z szafy i nie wyskakuje. Co jest tylko plusem.
Rezydent ma także lekką domieszkę dramatu wręcz psychologicznego i może dzięki temu nasza bohaterka jest lepiej zarysowana niż we wcześniej opisywanych Roommate czy wspominania niegodnym tutaj Turyście. Co z kolei sprawia, ze widz lepiej się identyfikuje z Juliet. Przeżywa jej leki i gdzieś w głębi duszy pojawia się ten strach co i u naszej lekarki mieszkającej samotnie w apartamencie z pięknym widokiem…
Moja ocena: 6+/10
Opis dystrybutora
Po rozstaniu z mężem młoda lekarka Juliet Dermer (Hilary Swank) przeprowadza się do Brooklynu. Nowe życie rozpoczyna od wynajęcia pięknego i przestronnego apartamentu od uroczego, kulturalnego Maxa (Jeffrey Dean Morgan). Jednak z czasem jej zadowolenie, optymizm i poczucie bezpieczeństwa zaczynają topnieć. Coraz częściej wokół mają miejsce dziwne, niewytłumaczalne zjawiska. Juliet ma irracjonalne wrażenie, że nie jest w swoim mieszkaniu sama… Ktoś ją osacza… ktoś ma obsesję na jej punkcie… ktoś zagraża jej życiu.

Nikt tego jeszcze nie skomentował.
Kanał RSS dla tego wpisu. TrackBack URL
Dodaj komentarz