Push (USA, 2009)
Temat niczym z Archiwum X i jeszcze kilku innych produkcji totalnie spartaczony…
INNI O FILMIE
Czy po kilku dekadach wydawania komiksowych „X-Menów”, po trzech sezonach „Herosów” i niezliczonych innych literackich i filmowych przedstawieniach cudownych odmieńców można powiedzieć cokolwiek nowego o ludziach naznaczonych piętnem niekoniecznie pożądanych supermocy? „Push” podpowiada, że temat jest już mocno wyeksploatowany.
Zdawałoby się, że posiadanie nadludzkich mocy to frajda: można podnosić siłą woli ciężkie przedmioty, kule się człowieka nie imają, nie mówiąc już o czytaniu w myślach pięknej nieznajomej lub popchnięciu znienawidzonego szefa do samobójstwa. Ale biada jeśli ktoś się dowie – niegdyś palono takich „czarowników” na stosach ale i w XXI wieku nie mają lekko. W „Push”, jak przystało na czasy kryzysowego racjonalizmu, zagrożeniem dla nadludzi nie jest subiektywna niechęć, ale dokładnie skalkulowana okazja do zysku. Okazuje się bowiem, że organizacja znana pod nazwą Dywizja (oczywiście tajna, oczywiście powiązana z rządem amerykańskim), z demonicznym Djimonem Hounsou na czele, pragnie zrobić z nadludzi idealnych żołnierzy, prawdziwe maszyny do zabijania.
A wybór złoczyńcy mają wielki bo poszczególnych zdolności charakteryzujących i dzielących nadzludzi na grupy – zgodnie z komiksową tradycją oczywiście efektownie nazwane, np.: Pusher, Bleeder, Sniffer, Changer etc. – jest tu całe mnóstwo. Są te najbardziej oczywiste, oparte na telekinezie i telepatii, jak zdolność do przemieszczania obiektów, manipulowania myślami, wymazywania wspomnień, przewidywania przyszłości. Ale jest też kilka innych: lokalizowanie ludzi za pomocą węchu, krzyczenie na tak wysokich częstotliwościach, że wywołuje to niszczące fale, tworzenie pól i „baniek” siłowych etc.
Z jednej strony daje to spore pole do popisu twórcom efektów specjalnych, z drugiej jednak jest znakiem charakteryzującym cały film – upchano w nim wszystko co się da, bez ładu i składu, byle było dużo i efektownie. Już ogarnięcie wszystkich mocy i nazw nadanych władającym nimi ludziom jest trudne, zwłaszcza, że fabularnych usprawiedliwień dla sporej części z nich właściwie nie ma – ot, są po to żeby było efektowniej. Oprócz tego scenarzyści atakują widza niepotrzebnie rozdmuchaną liczbą postaci (no ale w końcu komuś trzeba było przydzielić te wszystkie zdolności), a reżyser z kolei, coraz to nowymi próbami gmatwania fabuły i zwrotami akcji. Te ostatnie nie mają zwykle zbyt wiele sensu, za to są wyjątkowo łatwo przewidywalne.
Właściwie jedyne co mogłoby ratować film to efektowność, ale i tutaj jest nienajlepiej. Niby możliwości postaci dają spore pole do popisu w scenach akcji, ale, co zaskakujące, sami twórcy filmu ograniczają się w tej materii. Owszem złoczyńcy odrzucani polem siłowym latają w powietrzu, pistolety lewitują utrzymywane siłą woli, a szkło sypie się w drobny mak pod wpływem infradźwiękowego krzyku. Ale zamiast skupić się właśnie na tych momentach, reżyser woli pokazywać groteskowych, nadymających się Azjatów-telekinetyków z Triady (która nie wiedzieć co właściwie robi w fabule), oczywiście w obowiązkowych ciemnych okularach, którzy robią groźne miny udając, że krzyczą z siłą powodującą pękanie wszystkiego wokół, co wygląda wręcz kuriozalnie. Nie lepiej wypada pojedynek woli tytułowych Pusherów, ludzi mających możliwości wpływania na wolę i działania innych, w pewien sposób kierowania ich myślami. Na ekranie objawia się to… zachodzącymi czernią niczym w „Z archiwum X” białkami oczu. Pojedynki telepatów bez wybuchających mózgów? To ja już wolę wrócić do starych dobrych „Scannersów”…
Źródło:
http://www.stopklatka.pl/film/film.asp?fi=37197&sekcja=recenzja&ri=6023

Nikt tego jeszcze nie skomentował.
Kanał RSS dla tego wpisu. TrackBack URL
Dodaj komentarz