Jestem bogiem (Limitless, 2011)
Przebojowy. Inteligentny. Przegrany.
Gdyby ktoś podarował Wam pigułkę szczęścia znosząca wszystkie ograniczenia Waszego mózgu, czy przyjęlibyście ją bez względu na konsekwencje? Czyż nie jest to oferta nie do odrzucenia – poczuć się bogiem, być ponad wszystkimi. I to tylko dzięki małej, malutkiej odrobince chemii zamkniętej w pigułce?
I tak oto niepozorny, borykający się z problemami niespełnionej kariery pisarz, przez przypadek otrzymuje dar niebios. Narkotyk, który odmienia jego życie. Odblokowuje cały potencjał mózgu. W kilka dni powstaje bestseller – napisany błyskawicznie na domowym komputerku. Wydawca oniemiał z wrażenia. Ale takie wyzwanie to nie wyzwanie. Giełda – tam są duże pieniądze. Dwa miliony w tydzień. To dopiero rozgrzewka.
Pojawiają się efekty uboczne. Ale czy bycie geniuszem nie usprawiedliwia cierpienia i ryzyka.
Fikcja zawarta w filmie to także prawdziwy obraz narkotyków, pigułek szczęścia. Przekaz ukryty za fikcyjnym lekiem jest oczywisty. Narkotyki sprawiają, że czujemy się jak bogowie. To miraż szczęścia przez oderwanie od rzeczywistości. Film wylicza niemal z aptekarską dokładnością zagrożenia czekające na łakomych boskości. Jest więc także ostrzeżeniem.
Ale głównym zadaniem Limitless jest rozrywka. Podanie przestróg w przystępny sposób, bez popadania w moralizatorstwo. A jednocześnie stworzenie kina rozrywkowego, które z jednej strony nie pretenduje do arcydzieła a z drugiej nie jest odmóżdzającą papką. Konwencja filmu fantastycznego z akcją umiejscowioną we współczesności jest tutaj na miejscu. I nie odstraszy widzów, którzy nie lubią fantastyki. Nie jest to też drastyczny dramat o narkomanach.
Film ogląda się bardzo dobrze. Ciekawa propozycja dla każdego.
Ocena 7/10

Nikt tego jeszcze nie skomentował.
Kanał RSS dla tego wpisu. TrackBack URL
Dodaj komentarz