The Cold Light of Day (2012)
Film w którym Bruce Willis ginie.
Thriller. Akcja. Szkoda czasu. Film ani nie jest pełnokrwistym thrillerem, częściowo przez swoją naiwność wspieraną humorem w momentach gdy nie powinno być nikomu do śmiechu. A gdy już widz zostaje przekonany, że to nie jest na poważnie, że trzeba się śmiać – dostaje po oczach powagą, jaką film stara się nadymać. Przez co oczywiście robi się śmiesznie, ale nie wesoło. Robi się nijak. Ni to świnka, ni morska.
Z akcją już jest lepiej. Akcja jest. Znaczy ganiają się, biegają, strzelają. Mamy też przemianę bohatera. Z mięczaka w bohatera. Zadziwiająco dobrze radzi sobie nasz hero w tym wszystkim. Jakby jednak urodził się z predyspozycjami do bycia bohaterem. Ale przez pomyłkę przez całe swoje dotychczasowe życie zajmował się niewłaściwa pracą – biznesem, firmą… Tutaj w lot pojmuje, że bieganie z bronią to fajna zabawa i jego żywioł. No dobrze, przekoloryzowałem, ale chciałem oddać myśl moją główną.
Intryga banalna, znów chodzi o aktówkę, o którą wszyscy walczą. Dobrzy, źli i ci niezidentyfikowani. Są więc i ci dobrzy i ci źli pokazani. A ci źli są trochę jak w kinie familijnym – jacyś tacy… ciapciusie. A demoniczna Sigourney „samo zło” Weaver jest tak demoniczna jak Wilk z bajki o Wilku i Zającu z czasów gdy ZSRR istniał.
Ocena: 2/10
Te 2 pkt to za Willisa, że ginie i nie jest to śmierć otoczona patosem amerykańskiej flagi.

Nikt tego jeszcze nie skomentował.
Kanał RSS dla tego wpisu. TrackBack URL
Dodaj komentarz