Generation Kill / Czas wojny (USA, mini serial)
Pewna historia amerykańskich żołnierzy podczas inwazji na Irak.
Generation Kill to miniserial produkcji amerykańskiej. Wydawałoby się, że temat wojny w Iraku jest już w kinie wyeksploatowany. Dlaczegoż więc warto zwrócić uwagę na Generation Kill? Bo jedno jest pewne – warto!
Gdy zacząłem oglądać pierwszy odcinek, miałem mieszane uczucia, przesunięte raczej w kierunku „o nie, ja tego nie będę oglądał, nudzi mnie”. Ale im dłużej oglądałam tym lepiej poznawałem żołnierzy, ich problemy i ich życie. Jednocześnie zaczęła mnie wciągać historia i zachwycać sposób pokazania współczesnej wojny od zaplecza. Tematem filmu bowiem nie jest ciągły atak i pokazywanie wojny jako ciągłych starć naszych bohaterów którzy bohatersko z uśmiechem pacyfikują kolejne stanowiska wroga. Wojna w tym filmie jest pusta – w przenośni i dosłownie. Utarczki z wrogami zdarzają się sporadycznie – to pierwsza pustka na tym pustkowiu. Bezsens wojny – to kolejna pustynia. A do tego wszędzie wkoło jest pustynie, więc jedyne co można robić to czekać, rozmawiać, reperować pojazdy, i słuchać przychodzących rozkazów. No i w czasie przejazdu konwoju podziwiać niczym na tropikalnym safari… to co wojna zostawia po sobie – śmierć, kalectwo, zniszczenie, biedę.

Dead Space - Downfall
Muszę przyznać, że po animowanym filmie, który dodatkowo jest wstępem do gry komputerowej (Dead Space, Electronics Arts) nie spodziewałem się tego, co dostałem.
71 minut.
71 minut klimatycznego filmu, nie zawaham się napisać, w klimacie Obcego. 71 minut narastającego napięcia i otaczającej zewsząd grozy. 71 minut podczas których widz czuje się przerażony. Nie wiem jako oni to zrobili, żeby stworzyć animację, przeszywającą dreszczykiem. Ale udało im się. Dawno, już dość dawno nie czułem takiego napięcia oglądając jakikolwiek film.
Dead Space - Downfall opowiada o zajściach na pokładzie statku Ishimura, który ma za zadanie przetransportować na Ziemię kamień - znaleziony na odległej kolonii, daleko w kosmosie, artefakt. Jak się łatwo domyślić, artefakt ma niebanalne znaczenie dla wydarzeń, jakie rozegrają się na pokładzie statku kosmicznego Ishimura. Film to połączenie science-fiction, w kresce podobnego trochę do też animowanego Riddicka (twórcy brali dobre wzorce) i horroru gore. Obraz przywołuje z pamięci takie inne produkcje jak Obcy (Alien), Ukryty horyzont (Event horizon) czy też wspomniany animowany film związany z uniwersum Riddicka (gry komputerowaych jak i filmów).

Miasto ślepców (Blindness, 2008)
Niezwykle ciekawy pomysł - co by było gdyby ludzie nagle zaczęli ślepnąć. Jak zaczęliby sobie organizować życie w czasach epidemii. Film od samego początku zaczyna wciągać, intrygować. Widz stawia sobie wiele pytań jak i też szukać włąsnych odpowiedzi na nie. Podsuwać rozwiązania konfliktów. Ze zdziwieneim obserwuje zachowania ludzi. A jednocześnie przytakuje głową. Akceptuje fabułę w postaci jaką przestawiono w filmie. Osobiście nic nei dodałbym ani nie zmienił. Wyszło bardzo ciekawe, wręcz socjologiczne kino z pogranicza science/fiction, thrilleru i dramatu. Niedopowiedziane, niewyjaśnione w każdym aspekcie. Wiele pytań, które widz sobie postawi w trakcie tego filmu pozostanie do końca bez odpowiedzi. To dobrze, bo kino ostatnio raczy nas głównie banalnymi historiami w których wykłąda się na łąwę wszystko, tłumacząc każdy detal, przez co często popada się w absurd. Tutaj mamy do czynienia z obserwacją, tak jak to ma się podczas różnych eksperymentów. Być może można było rozwinąć wszystkie aspekty ujęte w filmie i powstałoby arcydzieło. Natomiast jak dla mnie film taki jaki jest - jest bardzo dobry. I szczerze polecam.

Jagodowa miłość aka Jagodowe noce (My blueberry nights, 2007)
Wong Kar-wai w wersji na amerykański rynek
Wielu reżyserów europejskich i azjatyckich próbowało podbić Hollywood, ale sztuka ta udała się niewielu. Przypadek “Jagodowej miłości” (polscy dystrybutorzy w tłumaczeniu tytułów są mistrzami świata!) wydaje się nieco inny. Bo choć film ten rozgrywa się w USA i występuje w nim plejada hollywoodzkich gwiazd, to Amerykanie pieniędzy na jego produkcję nie wyłożyli. Ale niewiele to zmienia, wszak po autorskim pokazie filmu na festiwalu w Cannes, a jeszcze przed jego amerykańską premierą, został on gruntownie przemontowany i skrócony aż o 20 minut.
“Jagodową miłość” otwiera scena, w której wzburzona Elizabeth (Norah Jones) wkracza do prowadzonej przez Jeremy’ego (Jude Law) kawiarni, by zostawić tam klucze dla faceta, którego właśnie opuściła. Zresztą, takich jak ona jest więcej, jej klucze lądują więc obok innych w szklanym słoju (Jeremy mówi, że bez tej bonusowej usługi jego lokal na pewno by splajtował). Potem Elizabeth, zajadając jagodowe ciasto z lodami, poznaje historię każdego z owych pęków kluczy. Wkrótce sama stanie się powiernicą równie intymnych wyznań.

Gdzie jesteś Amando (Gone Baby Gone)
Muszę powiedzieć, że to niesamowite kino budzące niepokój. Spokojne, powolne a jednak szarpiące emocjami widza. I nie jestem sam w stanie napisać dużo więcej, ponad to, że dawno nie widziałem takiego mocnego kina. Od czasów “Siedem” z Pittem czy “8 mm” z Cagem nie przypominam sobie filmu, którego do wspomnianych porównywałbym prawie we wszystkim - klimatu i nastroju, gry aktorskiej, tła psychologicznego, rozterek moralnych, intrygi, świata zbrodni itp. Prosta historia jest opowiedziana wyśmienicie.
Pozwolę sobę w całości zacytować co na FilmWebie napisał Marcin Pietrzyk, gdyż dość dobrze oddaje to, co sam chaiłbym napisać:
