THX 1138
THX 1138 to dość “wiekowe” kino I choć tematyka w SF odnośnie społeczeństwa przyszłości była już nie raz przedstawiana, to w tym wypadku THX 1138 będzie się, jak mniemam, jeszcze długo bronił. Tym bardziej, że np. w przeciwieństwie do Roku 1984 nie jest oparty na powieści - a przynajmniej nei zauważyłem, żeby był - i jest obrazem stworzonym tylko i wyłącznie na potrzeby kina.
Film ten to bardziej traktat filozoficzny, niż przedstawienie pomysłu na totalitarny ustrój i manipulację człowiekiem w imie jego szczęśliwości. Obraz dość przerażający, musze powiedzieć. I dziękujmy wszechmocnemu, że czegoś takiego nie jest nam dane doświadczaći oby nigdy nie było.
Tyle pisania o THX 1138 - właściwie to co powyżej to tylko na zachętę. Niech kazdy sam oceni czy warto się temu przyglądac i czy warto późniwj komentować…

Pręgi (reż. Magdalena Piekorz)
Hmmmm, polskie kino jakoś mi “nie wchodzi”. No ale próbować trzeba. Znów nie weszło. Choć tym razem nie było tak tragicznie jak poprzednio i jak jeszcze wcześniej. Być może przed polskim kinem wciąż jest nadzieja - może tą nadzieją są polscy pisarze i adaptacje filmowe ich powieści?
Sam film mimo wszystko jest dość… szablonowy. Postacie przedstawione sa płaskie. Jakoś za mało w nich ekspresji i życia. Za mało się o nich dowiadujemy. Wszystko tak po łebkach, jakoś tak sztucznie, plastikowo.
Być może lepszy byłby z tego teatr, głośno wymawiane kwestie, wyraźne dialogi i przemyślenia. Taki autoportret przy kieliszku i lustrze. Film wyszedł “nie teges”. Szkoda polecać, choć pewnie kto chce i tak zobaczy.

Maria łaski pełna (Maria full of grace)
Ten film, wbrew tytułowi, nie jest filmem religijnym, natchnionym. Nic z tych rzeczy. Jest to opowieść o dziewczynie, która wciela się w rolę “muła” i przemyca we własnym żołądku narkotyki z serca Kolumbii, Bogoty, wprost do Nowego Jorku. Jeden przelot i można w ojczyźnie wykupić dom, wielki piękny dom dla całej rodziny. Czyż nie jest to alternatywa do pracy przy kwiatach do końca swojego życia, w poniżeniu i za lichą stawkę? Oczywiśćie że jest.
W filmie śledzimy losy Marii, jej buntu, poszukiwania i w końcu decyzji wejścia w nielegalne interesy. Jeden lot. Tylko jeden. Cóż może się zdarzyć. No a jednak - trochę, jeśli nie wiele - może. I aby się dowiedzieć co może się wydarzyć i jak moga odmnienić się losy człowieka warto obejrzeć ten film. Polecam.

W imię ojca (In the name of the Father)
W imię ojca (In the name of the Father) to film, którego główną zaletą jest popis aktorski, jaki dostajemy na ekranie. Przynajmniej dla mnie sama historia zeszła na plan drugi. Dlaczego? Może dlatego, że wydarzenia tam opisywane są mi obce. IRA, belfast, lata siedemdziesiąte - owszem wiem co się działo, ale… Wiem. Bez emocji. Bez utożsamiania się z wydarzeniami.
Film opiera się na wydarzeniach historycznych. Gerry Connor - drobny złodziejaszek z Belfastu walczy o oczyszczenie imienia swojego ojca. Walczy przez 15 lat i wygrywa. Więcej nie będę pisał, bo ci co wiedzą o czym, to wiedzą, a ci co nie wiedzą - zobaczą na ekranie. I będą mieć dodatkową przyjemność z obserwowania jak fabuła się rozwija.
W imię ojca to film fabularny z 1993 roku, wyprodukowany w koprodukcji brytyjsko-irlandzkiej i wyreżyserowany przez Jima Sheridana. Scenariusz filmu oparto na autobiograficznej książce Gerry’ego Conlona. Film otrzymał Nagrodę Złotego Niedźwiedzia dla najlepszego filmu na festiwalu filmowym w Berlinie w 1994 roku. Był też nominowany do Oscara za rok 1993 w 7 kategoriach, w tym za reżyserię, dla aktora w roli pierwszoplanowej (Day-Lewis) i pary aktorów w roli drugoplanowej (Thompson i Postlethwaite), jednak nie zdobył ani jednej statuetki.

Czas apokalipsy - powrót (wersja reżyserska)
F.F. Copolla odgrzał nam wczorajszy obiad i oto pojawiła się wersja reżyserska głośnego filmu pt. Czas Apokalipsy. Dobry to moment, aby przypomnieć sobię ten film. Bo sam film jest tego wart. Copolla stworzył w nim własny obraz piekła, czy wojny - oglądając ten film, czuje się zapach napalmu o poranku…
Wersja reżyserska jest dłuższa o 49 minut od wersji pierwotnej. Copolla zamieścił dodatkowe sceny, które nie znalazły się w poprzedniej wersji. Dzięki temu - jak pisze sam reżyser - wersja ta jest bliższa temu, do czego zmierzał, tworząc ta luźną adaptację klasycznej powieści Josepha Conrada “Jadro Ciemności”. Przeniosł akcje w czasy wojny w wietnamie. Dodał swoje przesłanie. Stworzył swoisty obraz, dyskusję o moralności w czasach pożogi wojennej…
Film wzrusza (ponownie), zmusza do refleksji. Ale także zachwyca swoją budową i konstrukcją a także specyficznym humorem. Dlatego polecam, tym co go nie widzieli (jeszcze). A reszta - niech sobie przypomni. Bo warto.
