Życie na podsłuchu (2008, Niemcy)
Film z kategorii za jakimi nie przepadam. A jednocześnie taki, o którym słyszałem dużo dobrego. Postanowiłem więc wieczorową porą w domowym zaciszu zagłębić się w historię niemieckiej Stasi. I gdy się już zagłębiłem – wsiąkłem aż do końca. Znów na ekranie historia człowieka, tym razem znów dobrego człowieka, który musi podejmować decyzje lawirując między obowiązującym prawem, którego przestrzeganie daje mu profity a własnym sumieniem, które może skazać go na potępienie za życia i przerodzić jego życie w piekło. Czym się kierować by przeżyć swoje życie zgodnie z sumieniem?
W filmie jak na tacy dostajemy pokaz sposobów w jakich władza rządzi za pomocą kija raczej niż marchewki. Choć i marchewki są. Marchewki dla posłusznych rozkazom, wypełniających rozkazy bez mrugnięcia okiem. Dla tych, którzy nie mają sumienia, lub może je mają ale znaczy ono dla nich mniej niż marchewka. A kije są dla pozostałych. Wróg narodu to gorszy rodzaj człowieka, można go inwigilować. Można z nim zrobić wszystko. Kolejne starcie między tymi silnymi nadludźmi, a słabymi, zwykłymi ludźmi. Którzy jedyne czego pragną to żyć dobrze, nie szkodząc nikomu.
I tak oto, niespodziewanie dla mnie samego, oceniłem film na 8/10.
INNI O FILMIE
LeCinema.pl
http://www.lecinema.pl/rc/rc_0701252.php
Czy Niemcy zrobili ten film specjalnie dla nas? Cóż może być bardziej interesującego dla dzisiejszych Polaków niż film o lustracji, inwigilacji, donosach, służbach, tajnych współpracownikach i osobowych źródłach informacji? Życie na podsłuchu to film wybitny; zbiera nagrody workami i podoba się wszędzie, ale chyba nigdzie nie wpisze się tak pięknie w wiodące wątki publicznej debaty, jak w naszym kraju. Dziękujemy ci Florianie Henckelu von Donnersmarcku!
Pozwalam sobie na żarty, a tymczasem Życie na podsłuchu to film poważny i niewesoły. Istnieje fenomen zwany ostalgią - nostalgia za nieistniejącym krajem, który nazywał się NRD. Produkowano w nim trabanty, fajne obciachowe dżinsy i kolejki Piko, tańczono w rytm hitu “Da, da, da” - niektórzy pamiętają te atrakcje z wakacyjnych kolonii; sentyment do dziwów, cudów i śmiesznostek “dedeeru” nieobcy jest też Polakom. Ale von Donnersmarck nie bawi się w sentymenty i przypomina, że NRD była totalitarną, orwellowską krainą, w której życie było życiem na podsłuchu wszędobylskich służb specjalnych. Wnikamy w mechanizmy rządzące tym paskudnym światem, rzeczywistością naznaczona kulturą donosicielstwa, zastraszenia, moralnej korupcji. Donnersmarck skupia się na środowisku inteligencji i artystów: tej grupy, której komunistyczna władza poświęcała szczególną uwagę, nie tylko w NRD. W systemach liberalnych intelektualistów po prostu się marginalizuje. Ale nie w totalitaryzmie; zamordystyczne reżymy są dziwnie wrażliwe na głosy poetów, aktorów, filozofów - boją się ich i jednocześnie o nie zabiegają. Donnersmarck pokazuje, jak skomplikowana była sytuacja ludzi sztuki w NRD. Zastraszani i jednocześnie wodzeni na pokuszenie, poddani byli stałej presji. Władza za jednym zamachem mogła zwichnąć każdą karierę, zniszczyć każdy autorytet - albo odwrotnie, grzecznym potrafiła pomóc, zręcznie wygrywając artystyczne ambicje. Mogła też użyć służb do manipulacji ludźmi sztuki - i robiła to na wielką skalę i z diaboliczną zręcznością.
Donnersmarck zagląda za obie barykady. Z jednej są ludzie teatru, pisarze, artyści, którzy starają się prowadzić z systemem grę - trochę konspirować, trochę kontestować, bardzo dużo udawać. Kto siedzi po drugiej stronie? Jest tam wielu zwykłych drani, karierowiczów i wielu zwykłych, wypełniających rozkazy durni, ale jest także kapitan Gerd Wiesler genialnie zagrany przez Ulricha Muhe, wymarzonego aktora do roli “człowieka bez właściwości”. Kapitan Wiesler to nie 007 ani nawet “07 zgłoś się”; jest szary, anonimowy, nudny. przypomina cyborga. A przecież w jednej ze scen oficer zaczyna płakać słuchając przez aparaturę inwigilacyjną muzyki poważnej, która rozbrzmiewa w mieszkaniu ofiar podsłuchu. Dzień w dzień kapitan słucha wywrotowych dyskusji naiwnych intelektualistów, którzy nawet nie wyobrażają sobie, jak dokładnie są rozpracowani. Co myśli Wiesler o ludziach, których na mocy rozkazów ma uważać na wrogów?
Von Donnersmarck mistrzowsko kreuje duszną atmosferę totalitarnej krainy - świata zgaszonych kolorów, w którym przestrzeń jakby się kurczyła, nie pozostawiając miejsca na żaden ruch. W tej rzeczywistości nawet seks jest smutny, a jaskinie cyganerii, enklawy wolności są pozorne, poddane dyskretnej kontroli i niewidzialnej inwigilacji. Siły opresji i represji mają biurokratyczną twarz sortującego kartoteki urzędnika; zło jest mechaniczne, odczłowieczone, właściwie wolne od nienawiści - ale przez to tym bardziej nieubłagane.
O wyjątkowości Życia na podsłuchu decyduje metafizyczne niemal dotknięcie, które pojawia się w najmniej spodziewanym miejscu. Oto oficer Stasi, ukryty na strychu, otoczony aparaturą wywiadowczą i ze słuchawkami na uszach, staje się niemal Bogiem, a na pewno Aniołem Stróżem (Diabłem?) ludzi, których szpieguje. Kapitan Wiesler jest wszystkowiedzący i wszystko słyszący; w pewnym sensie widzi przez ściany. Jak skorzysta z owej wiedzy? Czy zdecyduje się na “boską” interwencję w życie swych ofiar? Wiesler przeżywa podwójny przełom. Po pierwsze zostaje “zakażony” przez sztukę, której staje przypadkowym konsumentem (w domu dramaturga Dreymana czyta się poezję i dramaty, gra muzyka). Po drugie, zdaje sobie sprawę ze swej władzy; jeden gest, telefon, jeden znak może zmienić zupełnie losy Georga i Christy.
Nie będę oryginalny w ocenach: Życie na podsłuchu to jeden z najważniejszych niemieckich filmów ostatnich lat - i film ważny dla widzów w całej postkomunistycznej Europie, której obywatele byli inwigilowani przez kapitanów Wieslerów. Lub byli kapitanami Wieslerami. Florian Henckel von Donnersmarck zbudował fascynującą i straszną rekonstrukcję miejsca i czasów, z których mało kto był w stanie wyjść bez moralnego szwanku. Życie na podsłuchu powinno być raz w miesiącu wyświetlane na obowiązkowym seansie dla pracowników polskiego IPN, jako memento odświeżające pamięć o tym, jak złożona była “szara ciemność” komunistycznych reżymów. Za to pouczające memento - i pierwszorzędne kino - Florianowi Henckelowi von Donnersmarckowi należy się respekt i głęboki ukłon

Nikt tego jeszcze nie skomentował.
Kanał RSS dla tego wpisu. TrackBack URL
Dodaj komentarz