Fighting (USA, 2009)
Przeciętny film. Nie znaczy to jednak, że zły.
Bo zrobiony dobrze, mimo ze na bajecznie prostym schemacie. Przewidywalny i z dość uproszczonymi postaciami. Troszkę naiwny. Takie lekkie “męskie” kino, zapatrzone chyba trochę w Fight Club, ale bez ambicji na bycie lepszym. Na szczęście bez zadęcia.
Fajna muza. Fajna sceneria brudnego zaplecza miasta. Mimo wszystko ciekawa menażeria postaci.
Gdybym miał oceniać dałbym mimo wszystko 6/10. No to daje…

Dziewięć (Nine, aka 9, USA, SF)
Na ten film poszedłem „z marszu”. Przypadkiem. Nie planowałem iść. Nie planowałem oglądać, ale tak się złożyło, że w pewien deszczowy wieczór zawitałem do kina. Obejrzałem. I…
Niespecjalnie mi się podobał. Oczywiście podobanie się jest czysto subiektywne. To napisze co mi się nie podobało. Pierwsza rzecz – to zapożyczenia. W filmie tym mamy same właściwie zapożyczenia z tego co już w kinie było. Historia (mały ktoś ratuje świat), scenografia (postapokaliptyczny świat po walce z maszynami… gdzie to już było? Matrix?), maszyna z czerwonym okiem (połączenie sentinela z HAL9000?), wojenne wstawki połączenia kadrów z Terminatora z Wojną Światów tak dalej. Pacynkowy Pionokio staje do walki z tym wszystkim…
Zapożyczenia same w sobie nie są złe. Przynajmniej ja tak nie uważam. Można zrobić ciekawy film bazujący na zapożyczeniach. Ale tutaj brakło czegoś więcej.

Vicky Cristina Barcelona (2008)
Dawno Woody Allenowi nie udało mnie się tak przyciągnąć do swojego filmu i zaintrygować. Tym razem w dośc lekki sposób opowiedział prostą historię o skompikowanych relacjach międzyludzkich. O wszystkim tym, co może się zdarzyć, gdy w grę wchodzi zauroczenie i miłość. I o tym, że czasem jest trudno wybrać między tym, co wydawałoby się słuszne, a co pragnie serce. O rozterkach towarzyszących ludziom, mężczyznom i kobietom - bo to relacje męsko-damskie grają główne skrzypce w tej opowieści. I to, ile kobiet równocześnie może kochać jednego mężczyzne, wiedząc o sobie nawzajem…
Stopklatka.pl:
Hiszpańskie słońce, piękne, pełne seksu kobiety i opowiadanie o miłości i namiętności, to główne elementy najnowszego filmu Woody’ego Allena. Wszystko wskazuje na to, że klimat Barcelony bardzo odpowiada zadomawiającemu się w Europie amerykańskiemu reżyserowi, bo “Vicky Cristina Barcelona” skrzy się humorem i brawurowymi dialogami, a wikłając swoich bohaterów w skomplikowany wielokąt miłosny Allen odpowiada tu o damsko-męskich związkach i stara się znaleźć odpowiedzi na pytania od wieków znajdujące się w kręgu zainteresowania ludzkości: dlaczego kochamy, tych których kochamy, czym jest miłość, dlaczego tak trudno ją zdefiniować i od czego zależy seksualne przyciąganie. Banalne? Być może, ale skrzynia złota dla tego, kto zna odpowiedzi.

Elegia (Elegy, 2008)
Czytałem Konające Zwierze Philipa Rotha, i jak teraz oglądam to… nie tak to sobie wyobrażałem. Ale to chyba odwieczny problem z ekranizacjami powieści. Człowiek czytając tworzy sobię obraz w głowie. A gdy potem widzi czyjąś wizję to porównuje tylko jak blisko (lub daleko) jest ona od własnego wyobrażenia. Czym się różni i w czym jest podobna. Mimo tego, że wystepuje tam Penelope Cruz (co dla niektórych panów będzie plusem - bo slicznie udaje kogos wiele młodszego) i mimo iż film nie jest zły, to jednak dla niektórych może wydać się trochę przynudny. Brak w nim tego elektryzującego napięcia, które powinno z niego promieniować na twarze widzów. Brak napięcia nawet w chwilach sprzeczek. Brak emocji, których film powinien być pełny. Ok, może nie tak całkiem brak, ale jest ich zdecydowanie za mało. Film to nie książka. W filmie musimy mieć pokazane to co czytamy siedząc w głowie bohatera literackiego. I tak oto film bez znajomości powieści traci. Widz traci. A szkoda.

Niepokój (Disturbia, 2007)
Przedmieścia. Domki z ogrodami. Garaże z podjazdami. Nowi sąsiedzi. Baseny. Sielanka. Dodajmy do tego rodzinne tragedie. Konflikty w szkole. Areszt domowy. Seksowne sąsiadki. I nudę która przekształca się w poszukliwanie seryjnego mordercy wśród sąsiadów. To wspaniała sceneria dla (młodzieżowego jednak) kina w klimacie komedii która przeradza się w (mroczny?) thriller. I jeśli chodzi o tego typu produkcję, jest to zabieg udany. Bo film ogląda sią zaskakująco przyjemnie, nei nudzi się. Jest tak dlatego, że całość nie pretenduje do mega-poważnej historii. Więcej w niej humoru i puszczania do widza oka. Dowcip rozłądowuje sytuację a dobre (mimo wszystko) zakończenie rozwiewa klimat grozy “na poważnie”. A zamiana nastroju z komedii w thriller sprawia także, że gdy zaczyna nas nudzić lekkość i trywialność obtrazu, na którym mało się dzieje, dostajemy dla odmiany thriller, gdzie dzieje się (ciut) więcej. Miła odmiana…
Ocena: 6/10
