Skyline (USA, 2010)
Ciekawy pomysł, dziwne zakończenie.
Skyline - kolejny film SF o inwazji obcych. Jednym się podoba, innym nie. Na początku co w tym filmie nie jest najlepsze - scenariusz, jako całość, wygląda trochę jakby był pisany na kolanie, a scenarzysta właśnie był po obejrzeniu filmów Project: Monster, Dystrykt 9 i Dzień Niepodległości. Pozbierane użyte już przez innych pomysły z małym, acz własnym ciekawym dodatkiem - inwazją obcych porywaczy ciał w wielkim mieście. Gra aktorska choć też nie jest wysokich lotów, to można przyjąć, że kilku przeciętnych amerykanów zebranych z basenowej imprezki zakrapianej alkoholem dokładnie tak właśnie wyglądałoby i zachowywało w obliczu kosmicznych najeźdźców. Więc do przyjęcie.
Mimo tych minusów film ogląda się dość przyjemnie, jeśli nie stroni się od kina SF. Czy to dlatego, że na bezrybiu i rak ryba, czy też może dlatego, że film ten to rozrywka niewymagająca zbytnio używania szarych komórek - mniejsza z tym. Nie ma się co zbytnio rozpisywać - ocena 6/10.

Avatar (USA, 2009)
Batalistyczne kino familijne z przygodą w tle.
Avatar. Film o którym głośno było na długo przed premierą. Postęp w kinie w kierunku 3D. I właściwie tyle. Owszem dostajemy 3D, które nie narzuca się na plan pierwszy. To po prostu kolejny środek wyrazu, udoskonalone obrazy w trzech wymiarach. Naturalna kolej rzeczy - rozwój technologii prezentacji. Szacunek należy się bardziej za wykreowany świat - co udało się wyśmienicie. Pomijając osobiste gusta i guściki świat jest wielki. Obszerny. Bogaty. Żeby stworzyć coś takiego na ekranie, przed oczami widza, a nie w wyobraźni (pisarze mają prościej), dużo musiał sie Cameron ze swoimi ludźmi napracować.
Film cierpi niestety na syndrom “coś za coś”. Aby droga produkcja odbiła się echem musi docierać do każdego i nieść proste przesłanie. I właśnie te uproszczenia najbardziej mnie raziły. Z początku kino familijny, na końcu brutalna walka pełna przemocy. Papierowe jednowymiarowe postacie, uproszczone, wyzute z uczuć. Po obdarciu Avatara z 3D i pierwszego zachwytu światem pozostaje tak na prawdę niewiele. Ot kolejna błyskotka, którą zapomni się po jakimś czasie. No może nie fabułę, bo ta jest prosta. Przekaz ekologiczny aż razi w oczy. Podobnie jak prawdy oczywiste (choć może dla przeciętnego Amerykanina było to odkrycie niesamowicie intelektualne).

Przenicowany Świat (Rosja, 2008-2009)
Fiodor Bondarczuk wziął się za rogi z powieścią science-fiction poprzedniej epoki - Przenicowany Świat autorstwa Strugackich. Książka u mnie leży, aby w wolnej chwili przypomnieć sobie literacki pierwowzór. Więc teraz będzie o filmie samym w sobie a nie o wierności adaptacji. A raczej o filmach – bo z rocznym odstępem czasu Bondarczuk zrobił „dwa odcinki” - które łączą się w całość.
I jaki ten film. Początek zniechęca, autentycznie można poczuć się tak, jakby reżyser mówił – idźcie sobie i nie oglądajcie. Nieszczęśliwie scena zaczyna się katastrofą kosmiczną i lądowaniem awaryjnym na jakiejś planecie. Scena totalnie beznadziejna gdy ma się w pamięci obraz jaki widzieliśmy w Pitch Black. Tam katastrofa, lądowanie to moim zdaniem majstersztyk. Scena otwierająca a jednocześnie windująca napięcie do górnych granic. Tutaj „lądowanie” wygląda nie dość że komicznie to jeszcze razi sztucznością efektów z zamierzchłej epoki kina łupanego plastikowymi modelami na żyłkach. No i ten wiecznie uśmiechnięty nie powiem kto ;)

Droga / The Road (USA, 2009)
Książkę Droga Cormaca McCarthy’ego czytałem już jakiś czas temu. Na film nie czekałem z jakimś specjalnym podekscytowaniem. Nie spodziewałem się, żeby jakakolwiek produkcja filmowa mogła oddać to co jest w książce. Nie chodzi mi o klimat czy historię. A raczej o to wszystko, co w filmie, w adaptacjach, często unika. Książka ma zawsze narratora, który dużo objaśnia. Film “Droga” bez dopowiedzenia historii i bez znajomości książki może się wydawać dość… byle jaki. Taka prawda - sam w sobie nie wyróżnia się niczym szczególnym, ot kolejna post apokaliptyczna wizja świata, mroczna i brudna. Dopiero znajomość powieści pozwala dostrzec więcej. Ale jednak ja osobiście polecam w tym przypadku lekturę ponad seans.

Ojczym / Stepfather (USA, 2009)
Lepszy perfekcyjny ojczym czy niezbyt idealny ojciec?
Ojczym to thriller rodzinny, ale nie kino familijne. Remake filmu z 1987 roku. Klasyczny thriller, powoli budujący napięcie, opowiada historię pewnej rodziny. Matka z dziećmi zostaje odrzucona przez męża. Zostawia ich, a niedługo potem pojawia się w jej życiu mężczyzna. Idealny, perfekcyjny, doskonały…
Film nie zachwyca, ale też nie odrzuca.
Moja ocena: 6/10
INNI O FILME:
Reżyser takich seriali jak „Skazany na śmierć”, „CSI: Kryminalne zagadki Nowego Jorku”, czy „Ostry dyżur” ma za sobą kolejną bardzo dobrą produkcję filmową, która trzyma w napięciu. Film ukazał się na dużym ekranie już jakiś czas temu. Osobiście nie pamiętam kiedy oglądałam tak dobry thriller, który wywołałby we mnie burzę emocji. Do tej pory czuję smak tego co widziałam. Film jest nawiązaniem do oryginału z 1987 roku.
