Gwiezdny pył (Stardust)
Gwiezdny pył (Stardust) to familijne kino fantastyczno-przygodowe nakręcone na podstawie powieści Neila Gaimana. Mimo, że nie jestem fanem czarodziejsko-magicznych filmów fantastycznych obejrzałem Stardust z przyjemnością. No prawie, bo momentami film mi się trochę dłużył. Niestety odnoszę wrażenie, że upchnięcie całej powieści w 2 godzinach kinowego obrazu sprawiło, że dość sporo umknęło. Choć pewnie najważniejsze rzeczy zostały pokazane…
W każdym bądź razie, Gwiezdny Pył to doskonały kawałek rzemiosła filmowego. Od strony technicznej - fim został wizualnie wykonany perfekcyjnie. Widoczki, krajobrazy, projekty, efekty specjalne - jak to w erze silikonowej grafiki - dobrze, bardzo dobrze. Gra aktorska, trochę sztuczna, ale narzucona przez ogólne ramy gatunku. W bajce są dobrzy i źli. Nie ma miejsca na rozerwane wewnętrznie postacie tragiczne. Więc przede wszystkim prostota, a czasem obrócenie niesmacznej sytuacji w żart a’la Shrek czy inne kino animowano-rozrywkowe z gagami. Martwi mnie, że nie kojarzę muzyki z filmu. Chyba była przeciętna lub gorzej, albo jej nie było wcale…
Ogólnie rzecz ujmując, Gwiezdny Pył, to kino poprawnie rozrywkowe, bez rewelacji, ale spokojnie “daje radę” zapchać wieczór niezbyt wymagającego widza.

Labirynt Fauna
Co mogę napisać o filmie, który ani mnie nie urzekł ani nie przekonał do siebie, ani nie zauroczył ani nic. No może nie tak do końca nic. Film to kawał dobrej, rzemieślniczej roboty. Z akcentem na “rzemieślnicza”. Moim zdaniem reżyser czy producenci nie bardzo wiedzieli co chcą nakręcić i co chcą pokazać. I wyszło im “byle co” albo może “takie przeciętne coś”. Zrezygnowali z happy endu, tak jakby samo to (niehollywoodzkie zakończenie filmu) miało przysporzyć im chwały, glorii i nawet sie udało - bo Ameryka to kupiła, Oskary dała.
A mimo to film jest pusty. Ani nie porusza na poważnie tematów “ziemskich” - a więc totalitaryzmu. Postacie, nawet kapitana, nie wspominając już o partyzantach - są jakieś takie niewyraźne, zbyt słabo zarysowane. Brak im charyzmy. Brak im przekonania, że żyją na prawdę. Z drugiej strony jest baśniowy świat, labirynt, faun, ropucha, tajemna księga. I tu też brak jakiejś głębi, brak uczuć i emocji. Owszem jest wiele wodotrysków, efektów, bardzo dobrze skomponowanych, tak, że niektórzy mogą ich nie dostrzec i żyć przekonani, że to film bez efektów. tworzą one baśniowy klimat, lub raczej - starają się ile mogą. Ale same efekty nigdy nie stworzą dobregofilmu. Brak wyraźnego przekazu, wyraźnych emocji, obrysowanych muzyką. Cały film zaś wydaje się tylko w połowie udany. A szkoda. Mogło być dużo lepiej. Gdyby nie zabrakło tego ulotnego “czegoś”… Ocena 7/10 za próbę stworzenia filmu ponadprzeciętnego.

Casshern
Casshern to obraz, który zaparł mi dech w piersi. Po pierwsze i chyba najważniejsze formą przekazu, a ta jest niebagatelna… Właściwie to ciężko powiedzieć, czy ten film to film animowany z wstawkami aktorskimi czy wręcz odwrotnie. W każdym bądź razie obraz pełny jest mariażu nowoczesnej animacji komputerowej oraz wmieszanych w nią ludzi.
Ale nie myślcie sobie, że to taki zwykły film z efektami. O nie. Ten film pod kątem obrazu to totalny miks wielu form - od czarno białej kamery, poprzez ujęcia z 8mm hobbystycznej kamery aż po najnowocześniejszą technikę filmowania. A wszystko na dodatek jest tak wyważone, że nie ma sie poczucia przesady. Każdy, ale to dosłownie każdy element obrazu gra, stanowi tło lub jest po prostu potrzebny bo coś znaczy…
Film jest niezwykle dynamiczny. Są momenty, w czasie których przyspiesza wręcz niemożliwie, po za granice percepcji widza. Gdy do tego dochodzi mocna, szybka i dynamiczna muzyka to czujemy się niemal jakbyśmy siedzieli okrakiem na startującej rakiecie kosmicznej. Pęd, huk, światło… A potem cisza, uspokojenie, stan nieważkości. I znów przerwa, uspokojenie. A zaraz potem wybuch o sile eksplozji jądrowej…
A historia? Jest prosta. Gdyby się zastanowić to jest prosta - wojna jest zła, po prostu. I to by było wszystko gdyby nie fakt, że Casshern opowiada tą historię w sposób zawikłany. Nie jest już ona taka prosta, przesycona jest różnymi wątkami - to prawie tak jakby to był film w filmie nakręcony w filmie. Nie spodziewałem się, że tyle brutalnych obrazów wojny, tyle przesłań od człowieka do człowieka można tak opowiedzieć. Tak zakręcić. Tak dużo dać do zrozumienia.
Nie wiem, czy udało mi się powyżej oddać choć ułamek tego, jaki ten film jest. Niewątpliwie będę musiał do niego jeszcze wrócić. Teraz jestem jakby w lekkim szoku, a może to po prostu objawy przegrzania szarych zwojów. Za dużo obrazów, emocji, uczuć, przekazów, faktów, przemocy, miłości, robotów, wojny, wybuchów, człowieczeństwa, walki, zrozumienia, zdrady, podstępu… Za dużo Casshern… :)

Sin City - Miasto Grzechu
Sin City - Miasto Grzechu.I co ja mam o tym filmie napisać? Po części mi się podobał. Po części zaś nie. To może napisze co mi się najbardziej podobało, a potem co mniej…
Klimat filmu jest niesamowity. Taki właśnie odrealniony. Jednocześnie indywidualny – to chyba najlepiej oddaje klimat. Indywidualny. Wszechotaczająca atmosfera zepsucia moralnego, grzechu, zła czającego się gdzieś na progu widzialności, smrodu rozkładu, dymu, alkoholu… Biała broń. Broń palna. I deszcz.
Bohaterowie są jakby żywcem wyjęci z komiksów. Czarni. Biali. Jak i szare postacie. Więcej o ich motywacjach i o nich dowiadujemy się z narracji, jaką prowadzą. Opowiadają o swoim życiu. O tym co zrobili i co oraz jak zrobią w przyszłości.

Terminator 3: bunt maszyn
Terminator 3, to trzeci już odcinek serialu sci-fi, jaki na przestrzeni ostatnich lat pojawił sie u nas w kinach. A później oczywiście na płytach DVD. Jakoś nie miałem “siły” aby iść (i jeszcze płacić) na ten film do kina. Poczekałem. Oto płyta. Domowe zacisze. Zobaczmy…
Nnnnnoooooooo… Przezabawny film. Komedia pełnym pyskiem. Z Terminatora, części pierwszej to zostało mało co. No ale nic. Film mi się podobał, bo taki rozrywkowy, że aż miło się patrzy. No i nowy model terminatora, czyli Pani Terminator pomyka sobie demolując co się da zdemolować. A i humoru odrobinka. Tu się uśmiechniemy, takm się ze śmiechu popłaczemy. Tak więc dobra formułę przyjęto w części III - jak nie można poziomu trzymac, to trza zrobić coś takiego, i ludzi rozbawić…
No i się udało.
