Nocny pociąg z mięsem
Azjatycka jatka w amerykańskim stylu.
Albo odwrotnie…
Midnight Meat Train bardzo mi się podobał. Ten film mnie urzekł, mogę śmiało powiedzieć. Bo jest niesamowity. W połowie dobry, w połowie zły. Ale ważne jest to, że nie pretenduje do bycia niczym innym, jak to, co mozna wyczytać z tytułu. Jest noc. Jest pociąg. Jest mięso. Rzeźnia w orient ekspresie - kwintesencja klasycznego gore.
W pierwszej połowie jest dobry. Mamy wielkie miasto, dobrze zarysowane postacie. Początek jest więc w wielkim stylu kina klasy A. Zapowiada się poważny horror, dreszczowiec. Napięcie aż iskrzy gdzieś w tle. A potem, potem zaczyna się kino klasy B. I końcówka już za dużo odkrywa przed widzem. Zamiast strasznie, robi się śmiesznie. Choć właściwie to od początku reżyser puszcza do widza oko. Jakby chciał powiedzieć – „taak, wzięliśmy opowiadanie Clive Barkera, ale zrobimy sadyzm bez przesady”.
A jest w filmie - jak przystało na taka produkcje - trochę przesady, lecz takiej w krzywym zwierciadle, trochę jak w Delikatessen a trochę jak w azjatyckim kinie jatki i siekanki. Ta przesada na szczęście nie jest na serio – to znaczy, reżyser nie stara się nas przekonać za wszelką cenę, że jest. I bardzo dobrze, b o dzięki temu kolejne oko puszczone do widza. I bajka leci dalej. Jest sympatycznie. O ile rzeźnię i ćwiartowanie można określać jako sympatyczne…

Batman - Mroczny rycerz (2008)
O najnowszym Batmanie z podtytułem Mroczny Rycerz (Dark Knight) nie napisze Wam wiele. Film jest dobry, ale nie powalający. Film jest dobry i na szczęście nie jest przeciętny czy beznadziejny. Więc oglądając go w kinie na pewno się nie straci pieniędzy. Będą dobrze wydane…
Mroczny Rycerz trwa blisko albo ponad dwie i pół godziny. Przez ten cały czas nie zerkałem na zegarek (pomijając tak gdzieś przy końcówce, gdy zmarzłem od włączonej na przesadne chłodzenie klimatyzacji). I wtedy też wielce się zaskoczyłem, że już dwie godziny za mną. Nie zauważyłem tego upływu czasu a film… ciągle nie było napisów końcowych. Więc pierwszy plus, to to, że film się nie dłuży.

Wall-e (2008)
Niesamowita produkcja Disneya i Studia Pixar. Animowana trójwymiarowa baśń, gdzie pierwsze skrzypce grają emocje, ostrzeżenia i przesłania. Dopracowana fabuła, jakiej nie powstydziłby się żaden dobry film dla dorosłych. Choć właściwie ciężko powiedzieć, czy ten film jest aby tylko kierowany dla dzieci. Uważam, że bardzo dobrze wyważono tutaj rozrywkę i emocje przeznaczone dla młodego widza z warstwą dla tych trochę starszych widzów.
Film dla dzieci czy przestroga przed końcem świata?
Wall-e rozpoczyna się niesamowicie plastyczną wizją świata post apokaliptycznego. Zniszczone miasta, zniszczone budynki, sterty śmieci i brak życia. W tym świecie nawet roboty giną. W ciszy i w samotności kontynuuje działanie wedle programu mały robot sprzątający Wall-e. Niczym samotny Will Smith w opuszczonym Nowym Jorku w I Am Legend, mając za towarzysza karalucha (Will miał psa), mieszkając w kryjówce, chroniącej przed silnymi burzami (Will chronił się przed inną nawałnicą – nawałnicą zombiaków) Wall-e kontynuuje swój żywot, kolekcjonując pozostałości po ludzkiej cywilizacji. Żarówki. Zapalniczki. Plastikowe sztućce. A wieczorem ogląda stare musicale (Will oglądał wiadomości i inne takie). A w okół brud rozpadającego się zaśmieconego świata i gdzieniegdzie jeszcze działające reklamy, obiecujące świetlaną przyszłość w świecie na orbicie (u Willa były to reklamy – a raczej obietnica wiecznego zdrowia dzięki super nowoczesnej szczepionce…). W tym apatycznym, odpychającym świecie rodzi się w Wall-e tęsknota za… właśnie, za kim mógłby tęsknić robot? Może za drugim robotem? To roboty tęsknią?
Szał uczuć przy akompaniamencie wybuchów.

Hancock (2008)
Nadeszła era nowego superbohatera
Jestem pod dużym wrażeniem – wakacyjna i lekka komedyjka o pijanym superbohaterze przerosła moje oczekiwania. A oczekiwania miałem niewysokich lotów. Ot wakacje, upał, trailer Hancocka obiecywał lekką rozrywkę a jednocześnie rozrywkę po amerykańsku lecz bez pierdzenia czy innych fekalnych dowcipów. Zarośnięty Will Smith z butelką trunku nie byle jakiego jako superbohater przemawiał do mnie z zapowiedzi dużo bardziej niż samotny ostatni człowiek z I Am Legend. Więc nastawiłem się na totalny relaks, przeciętna dawkę humoru. W końcu to nie Shrek czy coś w ten deseń jak Panda Kung Fu (choć o Pandzie słyszałem, że ponad przeciętność się nie wybija, a wręcz ostro przynudza…).
Po dwudziestu minutach filmu byłem już święcie przekonany, że dostane to i tylko to, co było w kinowej zapowiedzi. A więc latającego menela, zarośniętego i wulgarnego murzyna, który potrafi latać jak Superman, ale ubiera się w łachmany i nie należy do białych kołnierzyków (czytaj: inteligentnych pracowników biurowych, którzy mają spokojne, czyste, ułożone życie) po pracy. A z racji nadprzyrodzonych mocy został przypadkowym superbohaterem.
I wtedy, właśnie wtedy zaczęło się dziać!

Appleseed: Ex Machina
Appleseed Ex Machina to coś więcej niż zwykły animowany film. Ta animacja to doskonałe połączenie dynamicznego filmu akcji z możliwościami jakie dają współczesne komputery przy kreowaniu niezwykle realistycznego, pełnego szczegółów świata. Ta wybuchowa produkcja uderza w widza ze zdwojoną siłą od czasu ukazania się Appleseed (2004). Można powiedzieć, że duet John Woo i Shinji Aramaki postanowili rozłożyć widza na łopatki. I udało im się to!
Ex Machina ponownie przenosi widza na znany już Olympus. Do naszego duetu Deunan (człowiek) i Briareos (cyborg) dołącza Tereus (bioroid). Tym razem, to ciekawe trio stawi czoło nowym wyzwaniom. Cel to zneutralizować zagrożenie, jakie pojawi się nad Olympusem.
