Miasto Złodziei (The Town, USA 2011)
Miasto Złodziei (The Town) to kolejny film o dobrych-złych kryminalistach, którzy rabują ale nie mordują.
Realizacja filmu i scenariusz stoi na wysokim poziomie. Ale to trochę za mało, żeby film mnie zachwycił. Ot takie sobie kino sensacyjne, trochę thriller, trochę (ale bardzo mało) psychologiczny.
Głównie jednak chodzi o skok na kasę. Opowieść więc kreci się wokół tego jednego. Jak szybko i skutecznie wzbogacić się, aby rozpocząć normalne życie. A w tym wszystkim trochę komplikacji wynikających z odstępstwa od planu oraz różnic w ocenie sytuacji wśród zespołu…
I w sumie to tyle co można o filmie napisać. Ogląda się szybko. Relaksuje. A potem równie szybko ulatuje z pamięci.

Paranormal Activity 2
To nie jest film dla ludzi o słabych nerwach, zwłaszcza gdy mieszkają sobie spokojnie w domku…
Początek historii jest nudny lub klimatyczny - każdy nazwie to po swojemu. W formie paradokumentu poznajemy szczęśliwa rodzinkę. Ich dom i codzienne życie. Choć już na początku jedno wydarzenie jest zapowiedzią tego co się wydarzy. Sprytny zabieg, dzięki któremu będziemy mogli z wielu ujęć obserwować potem co się dzieje w dzień i w nocy e wszystkich pomieszczeniach domu oraz na zewnątrz.
Napięcie zaczyna narastać. A ostatnie pół godziny filmu to najbardziej przerażająca część. Zaczyna się niesamowitym i mocnym uderzeniem. Twórcy filmu przez pierwszą godzinę uśpili naszą czujność, przekonując widza, że owszem będzie strasznie. Ale wszystko co straszne będzie się pojawiać powoli. Tak przynajmniej myśli widz. I to jest atut tego filmu - zaskoczenie. Nie, żeby to było coś niespodziewanego. O nie. Raczej forma jest zaskakująca.

Sunshine / W stronę słońca
Sunshine (W stronę słońca) to film science fiction taki, jakie lobię. Przeważa w nim klimat. Nie znajdziecie tutaj obcych, machania świetlnym czymś-tam lub strzelania z laserowego czegoś-tam. Nie znajdziecie tutaj wartkiej akcji i upchniętymi na siłę dialogami czy gagami w sytuacjach krytycznych. To film o ludziach i ich zmaganiach z kosmosem. To wędrówka ku gasnącej życiodajnej gwieździe i wędrówka wgłąb ludzkiej psychiki. Wręcz nostalgiczny obraz i opowieść o tym, w którym miejscu kosmosu jesteśmy. I choć film kończy się optymistycznie, niesie nadzieję dla ludzkości i rozgrzewa serca. To zanim do tego dojdzie musicie przebrnąć zarówno przez absolutne zero próżni kosmosu jak i niewyobrażalny żar promieni słonecznych.
Sunshine to film, który mogę oglądać wiele razy. I za każdym razem sprawia mi wielką przyjemność. Podobnie jak Solaris (w którym wyjątkowo polubiłem Clooneya), podobnie jak The Moon z bazą “jednego wiecznego klona”. W stronę słońca to opowieść o pionierach wypełniających misję. O ciężarze jaki ciąży im w drodze ku najbliższej gwieździe. O ludzkich słabościach, zmaganiach, błędach i ich konsekwencjach. Aż wreszcie o fascynacji natura, kosmosem, Słońcem. Kilku astronautów, specjalistów z różnych dziedzin, odpowiedzialnych za rożne aspekty misji musi pokonać nieznane, a co za tym idzie swoje leki i stawić czoła temu, co nieznane. Niepojęte. Poprzednia misja zawiodła. Czy tym razem się uda? Dlaczego tamci nie wykonali zadania? Co stanęło na przeszkodzie. Czy i u nas to się dzieje?

Evangelion 1.11 - (Nie) jesteś sam
Nie znałem serialu na podstawie którego kilku pierwszych odcinków powstała pierwsza część tetralogii, czyli Evangelion 1.11 - (Nie) jesteś sam (Evangelion 1.11 - You are (not) alone). Ale, że nie boję się anime i czasem odnajduje w nim to, czego nie ma w sieczce Made in Hollywood - to obejrzałem. A oglądając miałem nieprzerwane wrażenie, że coś mnie omija, coś o czym nie wiem dzieje się z boku. To tak jak oglądać wierną adaptację powieści, nie znając tej powieści. Wizja autorów filmu wtedy jest pełna skrótów. Ci co czytali - wiedza czym wypełnić luki. Reszta czuje się lekko skołowana.
Pomijając to wszystko to jest nieźle. Ciekawy pomysł (SF) na świat w przyszłości (po kataklizmie), ciekawy pomysł na “inwazję aniołów” oraz walkę ludzi w obronie Ziemi. Wplecenie tego wszystkiego z Pismem Świętym i nawiązania chrześcijańskie, to chyba największa egzotyka dla… twórców jak i odbiorców Anime z kraju kwitnącej wiśni i ogólnie ze wschodniej części świata. Przypuszczam, że mistycyzm dla nich jest mniej więcej taki jak dla nas, gdy oglądamy filmy z Buddą w tle.

Przychodze z deszczem (2008)
Hongkong. Mafia. Detektyw z przeszłością. Zaginiony syn miliardera.
Czego spodziewalibyście się po takiej mieszance? Wybuchowego azjatyckiego kina akcji z domieszką sensacji. Czegoś lekkiego na pochmurne popołudnie. Filmu, który pozwoliłby na lekkostrawną rozrywkę i chwile potem już wyleciał z pamięci.
Błąd. I zaskoczenie. Całkowite. Przychodzę z deszczem to bez wątpienia jeden z tych filmów, które ciężko się ogląda. Ciężko dlatego, że z każdym obrazem widz czuje ostre kłucie. Czuje jak film kawałek po kawałku zapisuje się w mózgu. Aby pozostać tam na lata. Może dekady. Aby nigdy nie ulecieć z pamięci. Pełna smutku i brutalna jednocześnie historia noir.
Dramat wielu osób. Choć dla każdej dramatem jest co innego. Czy lekko zarysowany dramat miliardera, który opętany paranoją strachu przed śmiercią syna oglądał tylko za pośrednictwem telekonferencji. Jego syna szukającego swojego miejsca na świecie, czyniącego dobro i cierpiącego za swoje(?) winy.
