Nieznajomi / The Strangers (2008)
Bez duchów, zjaw, potworów, zjawisk nadprzyrodzonych. Bez tony efektów specjalnych. Bez azjatyckich dziewczynek z czarnymi długimi włosami. Bez zmutowanych potworów rodem ze wzgórz co mają oczy. A jednak jest to wyśmienite, choć minimalistyczne, kino grozy. Horror w dobrym, starym klasycznym stylu. Tak wiec nie spodziewajcie się po Nieznajomych (The Strangers) niczego więcej niż gry własnej wyobraźni. Ale to właśnie ta wyobraźnia osaczy Was i uderzy najmocniej.
To miał być uroczy romantyczny wieczór w domku na uboczu. Miał być – bo wyszło jak zwykle, czyli horror na uboczu. Przerażający tym bardziej,gdyż film oparty jest na faktach. Ile w nim prawdy, a ile fikcji i wymysłów reżysera i producenta – nie wiadomo. Jednakże ten mały film dwójki aktorów (no i kilku postaci pobocznych) mimo kilku drobniejszych minusów jest niesamowicie zapadającym w pamięć obrazem kina grozy.

La Zona
Jest gdzieś lecz nie wiadomo gdzie, osiedle murem ogrodzone. Taka oaza ciszy i spokoju, gdzie ludzie zyją spokojnie i bezpiecznie, odseparowani od zagrożeń swiata zewnętrznego. Czyste i bezpieczne uliczki. A po drugiej stronie muru - normalnie - złodzieje, bandyci, zło tego świata. A zło ma tą właściwość, że ciągnie je do światła. Do dobra. Do porzadku. Więc gdy pewnej burzowej nocy małe zło otrzymuje szansę wtargnięcia do edenu - wykorzystuje ją. Pociąga to za soba śmierć, neipotrzebną i przypadkową. Śmierć, która przeraża mieszkańców wydzielonej strefy. Motywuje ich do działania. Na gwałt odpowiadają gwałtem.
Spodziewałbym się więc, ze taki film albo przerodzi się w trzymający w napięciu thriller albo w serie ciężkich wyborów moralnych. Tymczasem napięcia nie ma. Jest niby-nastrój niby-budujacy niby-grozę. Trochę brutalnych ujęć. I bardzo proste rozterki moralne. Cała historia jest wyraźnie opowiedziana, żeby nie było wątpliwości, że źli są źli, a ci dobrzy nawet jak są chwilowo źli to są dobrzy. Jak daleko ludzie posuną się, aby chronić własne osiedle? Czy wszyscy będą jednomyślnie wybierać dobro ogółu ponad to co podpowiada im serce lub rozum?

Gdzie jesteś Amando (Gone Baby Gone)
Muszę powiedzieć, że to niesamowite kino budzące niepokój. Spokojne, powolne a jednak szarpiące emocjami widza. I nie jestem sam w stanie napisać dużo więcej, ponad to, że dawno nie widziałem takiego mocnego kina. Od czasów “Siedem” z Pittem czy “8 mm” z Cagem nie przypominam sobie filmu, którego do wspomnianych porównywałbym prawie we wszystkim - klimatu i nastroju, gry aktorskiej, tła psychologicznego, rozterek moralnych, intrygi, świata zbrodni itp. Prosta historia jest opowiedziana wyśmienicie.
Pozwolę sobę w całości zacytować co na FilmWebie napisał Marcin Pietrzyk, gdyż dość dobrze oddaje to, co sam chaiłbym napisać:

Przebudzenie (Awake)
Thriller medyczny. Trochę bajkowy, a może nawet zbytnio bajkowy. Na samym poczatku nic się nie dzieje. Po pół godziny coś jakby zaczyna się rozwijać. Jest zapowiedź ciekawego dalszego ciągu. Atmosfera gęsnieje i klimat się nasila. Niestety. To tylko chwilowe, przejściowe… Oskara nie będzie. Natomiast całkiem pozytywne wyróznienie.
Mimo wszystko film jest dobry. Dość sprytnie uknuta intryga jednak gryzie się z ostatecznym rozwiązaniem. Dodatkowo trochę irracjonalnych relacji i pojawiających się znikąd postaci psuje ogólne wrażenie. Całość sprawia, że twórcy nie bardzo wiedzieli jak rozwinąć swój pomysł - świadomej narkozy pacjenta. A z braku pomysłu poszli po najmniejszej linii oporu i dosztukowali co im brakowało…
Sama Jessica Alba to za mało…

Chaotyczna Anna (Caotica Ana)
Z punktu widzenia widza jest znacząca różnica między chaotycznym filmem a filmem o chaosie. Oglądając Chaotyczną Annę mamy wrażenie że reżyser nie wiedział o tej różnicy, oraz jaki wpływ na odbiór filmu bedzie miał zły wybór konwencji. No i tak zamiast wysmienitego filmu mamy chaos. Dobry klimat, rodzący sie na poczatku filmu, zamiast rozwijać się i umacniać w widzu poczucie zagubienia fragmentarycznie paruje z obrazu, pozostawiając niedosyt, czy wręcz niesmak.
A mogła to być niezwykła, metafizyczna podróż po świecie i emocjach. Po uczuciach i ekspresji ich wyrażania. Przy niesamowicie dobranej scieżce dźwiękowej i porządnie nakręconych ujeciach aż się marzy człowiekowi, żeby koncepcja całości - fabularna i reżyserska - nadążała. Tworzyła coś spójnego.
Choć może nie jest aż tak źle. Film mozna oglądac fragmentami. Podzielić go na cześci. Obrazy. Można sie nie przejmować pseudo-mistyczną częścią zabita przez naturalistyczny rozbiór za pomocą hipnozy po trochu jakby z archiwum x. Jako tygiel obrazów i dźwięków film sprawdza się. Jest w nim wiele scen, ujmujacych za serce czy też uderzających w widza swoją ekspresją. Wśród plew są zatem jakieś ziarna. I tylko od widza zalezy, czy będzie się z nich cieszył, że są. Czy też smucił, że tak dużo plew jest w tym wszystkim…
A ja za te przebłyski silnych emocji dam wysoką ocenę…
