Tajemnica Syriusza (Screamers)
Film powstał (1995) na kanwie opowiadania P.K.Dicka (można powiedzieć, ze P.K. Dick był ulubionym “scenariuszodawcą” jeszcze na długo zanim pojawiły się współczesne, rozreklamowane, wielkie amerykańskie hiperprodukcje). Nawet mam wrażenie, że je czytałem, co z reszta nie byłoby dziwne, gdyż większość opowiadań Dicka czytałem jak nie teraz to dawniej. Niestety tytułu sobie nie przypomnę, tym bardziej, że podany był po angielsku (Second Variety), i nic mi na pierwszy rzut oka nie powiedział. Ale zostawmy to, wróćmy do filmu…
Rzecz dzieje się na dalekiej planecie, gdzie ktoś kiedyś znalazł rozwiązanie problemów energetycznych w postaci takiego to a takiego surowca. Mniejsza o szczegóły. Ludzie, jak to ludzie oczywiście sie o to pokłócili, podzielili i zaczęli mordować. Na wypalonej atomowymi atakami planecie trwa walka między siłami korporacji a obozem przeciwnym. W walce z korporacją wykorzystywane są “wrzaskuny” (tytułowe screamers) - ewoluujące maszyny-mordercy. Coś jak techniczne mini czerwie w Herbertowskiej Diunie, czy też Langoliery z Kingowskich bajań. W każdym bądź razie, potężna broń.
Tymczasem z obozu Korporacji przybywa posłaniec. Poświęca swoje życie, aby dostarczyć wiadomość - “pilnie chcemy negocjować zawieszenie broni i pokój”. Dlaczego?! Tego wam już nie opowiem, żeby nie zepsuć radości z oglądania… Bo film oczywiście polecam (a na IMDB 5.7/10 czyli bardziej na tak, niż na nie - trzeba brać tez pod uwagę, ze fan Sci-Fi może dodać do tego rankingu +2)

Droga bez powrotu (Wrong Turn)
Mniamuśny (hehehe [demoniczny śmiech, autoprzypis autora]) horror gore w starym dobrym stylu, tzw. leśny krwisty horror, klasyka. Jako kolekcjoner (kości - hehehe) była to dla mnie pozycja typu “must have it“. Film, w którym napięcie narasta i do końca nie jest wiadomo, czy ktoś przeżyje (ktoś przeżyje, tylko czy to będzie ten kogo nie chcemy uśmiercić - hehehe). Prawdziwe gore, choć samej krwi i bebechów to właściwie nie ma. No cóż, może nie tak do końca nie ma - krew jest, ale sie nie rozbryzguje (a już na pewno nie w modnym 3d-slow motion), jest dodatkiem, rzekłbym - scenografią. A flaków rozmazanych po ekranie też nie ma. I bardzo dobrze - tworzy to jeszcze wiekszy, lepszy, cięższy klimat. Bo to co nie jest pokazane z bliska, dokładnie, anatomicznie obdarte i ujawnione straszy bardziej. Ot czasem tu gdzieś zakrwawiona ręka. Czasem kawalek nie powiem czego leży wśród mchu…
Opowiastka na szczęście, choć amerykańska, nie jest tandetna i naiwna (o ile nienaiwne są filmy gore). Widz bawi się świetnie - boi, kiedy ma się bać. A jednocześnie narasta w nim groza, że może piknik w lesie następnym razem zamienić będzie lepiej na jakiś wyjazd na plażę?
Film polecam, smakosze horroru (moja aluzja do Smakosza nie pojawia się tutaj bezpodstawnie) będą zachwyceni.

Zupelnie jak milosc (A lot like love)
Zupełnie jak miłość (A lot like love) to bardzo przyjemne, relaksujace kino w stylu dobrej komedyjki romantycznej. Czego dotyczy historia, to tlumaczyc chyba nie trzeba - bo jak to bywa zwykle - milosci. I jej poszukiwania. Decyzji w zyciu i takie tam roznosci.
Film oglada sie bardzo dobrze, w pelni relaksujac. Usmiechajac sie czasem od ucha do ucha. Trzeba oprzyznac, ze film ma swoj specyficzny klimat. A klimat ten zawdzieczamy takze w duzym stopniu muzyce. O tak, to prawdziwa uczta dla ucha: Third Eye Blind (”Semi-Charmed Life”), Smash Mouth (”Walkin’ On The Sun”), Eagle-Eye Cherry (”Save Tonight”), The Cure (”Mint Car”), Hooverphonic (”Mad About You”), Ray LaMontagne (”Trouble”), Travis (”Know Nothing”), Chicago (”If You Leave Me Now”), Groove Armada (”Hands of Time”), Jet (”Look What You’ve Done”) I Butch Walker (”Maybe It’s Just Me”).
Polecam Zupelnie jak milosc - bardzo pozytywny film :) Ratujacy upadający gatunek komedii romatycznych :)

Appleseed (Japonia, 2004)
No i stało się. Ludzie zapragnęli się zniszczyć - tym razem już skutecznie. Wybuchła Trzecia Wojna Światowa - świat uległ zagładzie. Niedobitki żołnierzy walczą wśród ruin miast. Walczą, choć juz nie pamiętają o co. Jak budować pokój na ziemi przesyconej krwią, skażonej radioaktywnie? Jak budować nowy ład i nowy porządek na jałowej ziemi? Jak sprawić, by ludzie koegzystowali w pokoju i nie dążyli do samozagłady?
Utopia? Bioroidy? Pokojowa koegzystencja? Gaja? Olimp, Uranos, Atena - w prezencie dostajemy to, co tygrysy lubią najbardziej - film animowany (anime) naukowo fantastyczny. Dla tych, co nie lubią wielkich oczu, a wszystko co japońskie animowane to pekomony, to niewątpliwie nie będzie zachęcenie. Niemniej jednak, jeśli człowiek nie jest uprzedzony, to będzie się mógł cieszyć dość fajnym filmem. Dość fajnym, ponieważ jego fabuła, jego przesłanie powoduje, że odruchowo sięgamy do porównań z Ghost in the Shell.

Gothika
Zief. I okazuje się, że jedną z moich mądrzejszych decyzji było nie iść do kina na film Gothika. Jedną z głupszych - pożyczyć, jak już wyszła na DVD i obejrzeć. No cóż, to tylko potwierdza moje przeczucia i dobór pozycji kinowych. Z drugiej strony obietnica obejrzenia horroru była dość silna.
Gothika jest filmem płaskim, bez emocji, bez strachu. Wielkie oczka i otwarta w grymasie przerażenia buźka Halle Berry nic nie wnoszą do klimatu, nastroju lub przekonania mnie, że to horror. Historyjka nie jest przeciętna, ale wyszła poniżej średniej. A mogłoby z tego być coś na miarę Siedem… Niestety, nie wyszło.
Nie polecam.
