Thor (2011)
Odyn. Loki. Thor.
Z pewną dozą nieśmiałości podchodzę do takich filmów. Takich – z bogami w roli głównej. Zawszę węszę podstęp reżysera, płyciznę scenariusza i głupkowaty humor oparty o nieśmieszne gagi. Ale z drugiej strony reżyserią zajął się Kenneth Branaght, reżyser mający w swoim dorobku piętnaście filmów w tym Henryka V i Hamleta (obydwa do tej pory pamiętam, więc nie mogły być kiepskie) – ekranizacji na postawie dzieł Szekspira. Czy też Frankenstein stworzony w kooperacji z F.F. Coppoli. Więc nie mogło być źle, prawda?
I film Thor jest udany. Jest intryga ziemsko-nieziemska, okraszona wspaniałą scenografią. Jest fabuła prosta lecz nie prostacka. Opowieść spójna i pełna mitologicznych osobowości. Jest w końcu Asgard – mityczna kraina skandynawskich bogów. A co najważniejsze – postacie bogów, Thora, Odyna, Lokiego a także nasi ziemscy bohaterowie, czyli ludzie którzy uczestniczą w boskiej intrydze – są przedstawieni naturalnie. Z pewną dozą humoru doskonale wpasowującego się w ten fantastyczno-bajkowy pejzaż.

Coś (The Thing, 2011)
Koszmar.
Koszmar w sensie – film klasy B, a do tego nie śmieszny. Więc może zanim zacznę wymieniać wady i czepiać się przez porównania starszego filmu Carpentera o tym samym tytule napiszę o pozytywach. Właściwie jest jeden pozytyw w filmie Coś (The Thing, 2011) – końcowe napisy. Serio.
I nie chodzi mi o to, że się wreszcie pojawiają aby zakończyć to żenujące przedstawienie, ale to, że w bardzo fajny i sprytny sposób łączą końcówkę Coś (2011) z początkiem Coś (1982). Po przebrnięciu przez film po prostu nie myślałem, że coś w nowym Coś może się udać. Coś się udało. Finał.
A teraz o tym co się nie udało. I będę się streszczał. Nie mam żalu do twórców, że nie udało im się nawiązać w tym filmie do Coś Carpentera, tak jakby mogli zrobić. Carpenter pokazywał różne scenki, które Norwegowie zarejestrowali kamerą i na zdjęciach. Amerykanie przeglądali to i starali się domyślić co się stało. Tymczasem w tym podniosłym momencie w nowym filmie nie widać aparatów, kamer. A co za tym idzie tej doniosłości odkrycia pojazdu kosmicznego zarytego w lodzie jak i obcej zamrożonej formy życia. Ale , że prequel odbiegł trochę od tego co już znamy i tego jak należałoby się spodziewać że zobaczymy, to najmniejsza wada Coś (2011). Są większe.

Coś (The Thing, 1982)
Mroźny powiew grozy.
Prequel do The Thing (Coś) Johna Carpentera już niebawem w kinach. Czy wytrzyma próbę porównań? Czy to co wydarzyło się w bazie Norwegów zanim przeniosło się do amerykańskiej stacji arktycznej przemieniając życie pracowników/mieszkańców w elektryzujący horror wygra z filmem z 1982 roku? To blisko 20 lat różnicy. Większość widzów prawdopodobnie nigdy nie widziała The Thing… (a Quentin już zmasakrował prequele… )
Tymczasem wspominków czas. The Thing w reżyserii Carpentera to było COŚ – przez wielkie C i O i Ś. Uznawany za jeden z najlepszych filmów SF. Jeden z niewielu powstałych w tym czasie SF-horrorów. Trzymający cały czas w napięciu. Zapadająca w pamięć rola Kurta Russela. Doskonała reżyseria Johna Carpentera. Fenomenalna scenografia odciętej od świata arktycznej stacji badawczej. Tak można opowiedzieć w telegraficznym skrócie.

X-men: Pierwsza klasa (X-men: First Class)
To już nie moda,
to szał na prequele.
I nie mam nic przeciwko. Kino żyło zawsze z kontynuacji hitów (sequele). Kolejny i kolejny „odcinek” wchodził na ekrany. Publika szalała i chodziła na kolejną odsłonę tego samego. Ileż to odsłon Rambo? Piratów z Karaibów? Krwawej Piły 1,2,3,4,5… Wzgórz co mają oczy 1,2,3… Krzyku 1,2,3,4…
Dobry prequel wymaga szczypty pomysłu i przynajmniej poprawnej realizacji. A dodatkowo odświeża coś nam już znanego. W przypadku X-menów (podobnie jak w przypadku prequelu Star Treka) sprawa jest banalnie prosta. Trzeba pokazać jak TO się stało. Jak doszło do tego, że „dorośli” X-meni są tacy jacy są. I skąd się wzięli. Opowiedzieć taką historię to banał.
Ja X-Menów jakoś nie lubię. Nie wpasowują się w mój przedział filmów ulubionych. Tak po prostu. Podobnie nie szaleję za Star Trekiem.
Tymczasem prequel X-Men Pierwsza Klasa zaskoczył mnie pozytywnie. Długi to film, a ogląda się szybko. Poznawanie młodych X-Menów wzbudza ciekawość. I tak jeden po drugim poznajemy ich i ich możliwości. Jest fajnie, jest rozrywkowo. Akcja się toczy. Rozrywka gwarantowana.

Krzyk 4 (Scream 4)
Przejaskrawiony absurdem i pełen naiwności horror Krzyk 4 przygotowany widzom przez Wesa Cravena to przede wszystkim doskonała rozrywka nie tylko na Halloween.
Za co kocham tego typu horrory? Za niesamowity klimat amerykańskiego kina sprzed lat, który wskrzesza Wes Craven w kolejnym „odcinku” serii Krzyk. I choć rzecz dzieje się współcześnie, to styl i klimat pozostał. Ten horror nie przeraża. Widz umawia się, kiedy trzeba się bać, kiedy śmiać. Więc nie ma miejsca na prawdziwy strach, palpitację serca, choć podskoczyć na kanapie można. Ta umowność i zarazem umowa z widzem jest fantastyczna. Oto dostajemy opowieść, która nie pretenduje do Oskara, horroru psychologicznego, krwawego filmu gore. To jest „nie na poważnie”. I chwała za to!
Krzyk 4 to horror który karykaturalny sposób przedstawia i komentuje współczesność, dopasowując się do rzeczywistości. Do tego garściami czerpie z wszystkiego co już było w tym gatunku. Mamy więc podziemny parking i mrożąca krew w żyłach scenę tamże. Mamy klasycznego, nieustraszonego Szeryfa i jego z lekka szurniętą żonę. Mamy dwie inteligentne inaczej blondynki. Film w filmie. Video blog z relacjami na żywo.

