Resident Evil: Degeneracja (2009)
Leon i Claire powrócili do akacji w pełnometrażowym filmie.
Capcom stworzył serię gier Resident Evil (Biohazard), która od wielu lat towarzyszy graczom na całym świecie). Seria Resident Evil zyskała uznanie u wielu z nich i stała się grą kultową. Kilka generacji konsol, potem także dostępna na komputerach PC to nieustanna walka z kreaturami w jakie przekształcają się zarażeniu wirusem T ludzie - najogólniej ujmując: zombiaki. Stworzony świat z korporacją Umbrella i Racoon City musiał wyjść na kinowe ekrany. Mieliśmy filmy z Millą Jovovich, pełne akcji i klimatu z gry. Ale także wirtualni bohaterowie - Leon i Claire - znani graczom z kolejnych części gry pojawili się w filmie - ponad 90 minutowej komputerowej animacji 3D.
Fabularnie film umieszczono po dramatycznych wydarzeniach w Racoon City. Tam ostatecznie rozwiązano problem nie dającej się powstrzymać infekcji atakiem nuklearnym i całkowitym zniszczeniem miasta. Unicestwiono wirusa T i główną siedzibę - laboratoria Umbrella Corporation. Przy tej okazji zginęło wielu niezakażonych ludzi. Co nie bez znaczenia będzie w Resident Evil - Degeneracja.

Thor (2011)
Odyn. Loki. Thor.
Z pewną dozą nieśmiałości podchodzę do takich filmów. Takich – z bogami w roli głównej. Zawszę węszę podstęp reżysera, płyciznę scenariusza i głupkowaty humor oparty o nieśmieszne gagi. Ale z drugiej strony reżyserią zajął się Kenneth Branaght, reżyser mający w swoim dorobku piętnaście filmów w tym Henryka V i Hamleta (obydwa do tej pory pamiętam, więc nie mogły być kiepskie) – ekranizacji na postawie dzieł Szekspira. Czy też Frankenstein stworzony w kooperacji z F.F. Coppoli. Więc nie mogło być źle, prawda?
I film Thor jest udany. Jest intryga ziemsko-nieziemska, okraszona wspaniałą scenografią. Jest fabuła prosta lecz nie prostacka. Opowieść spójna i pełna mitologicznych osobowości. Jest w końcu Asgard – mityczna kraina skandynawskich bogów. A co najważniejsze – postacie bogów, Thora, Odyna, Lokiego a także nasi ziemscy bohaterowie, czyli ludzie którzy uczestniczą w boskiej intrydze – są przedstawieni naturalnie. Z pewną dozą humoru doskonale wpasowującego się w ten fantastyczno-bajkowy pejzaż.

Coś (The Thing, 1982)
Mroźny powiew grozy.
Prequel do The Thing (Coś) Johna Carpentera już niebawem w kinach. Czy wytrzyma próbę porównań? Czy to co wydarzyło się w bazie Norwegów zanim przeniosło się do amerykańskiej stacji arktycznej przemieniając życie pracowników/mieszkańców w elektryzujący horror wygra z filmem z 1982 roku? To blisko 20 lat różnicy. Większość widzów prawdopodobnie nigdy nie widziała The Thing… (a Quentin już zmasakrował prequele… )
Tymczasem wspominków czas. The Thing w reżyserii Carpentera to było COŚ – przez wielkie C i O i Ś. Uznawany za jeden z najlepszych filmów SF. Jeden z niewielu powstałych w tym czasie SF-horrorów. Trzymający cały czas w napięciu. Zapadająca w pamięć rola Kurta Russela. Doskonała reżyseria Johna Carpentera. Fenomenalna scenografia odciętej od świata arktycznej stacji badawczej. Tak można opowiedzieć w telegraficznym skrócie.

Piraci z Karaibów - Na nieznanych wodach (2011)
Johnny Depp, Penelope Cruz, Ian McShane, Geoffrey Rush - jak widzicie, w czwartej odsłonie Piratów z Karaibów z podtytułem Na nieznanych wodach zaszły małe roszady. Ale właściwie niewiele to zmienia. Piraci przekształcili się z filmu w serial. Czwarta część to próba wniesienia czegoś nowego, przy zachowaniu tego co w poprzednich częściach było najlepsze. Próba nieudana - i bardzo dobrze.
Nie oznacza to wcale, że fil jest zły. O nie! Jest rewelacyjny, bo jest taki sam jak poprzednie części. Dostajemy dawkę humoru, przygody i Kapitana Jacka Sparrowa. Film więc niczym nowym nie zaskakuje i konsekwentnie trzyma się konwencji przygodowego, awanturniczego kina rozrywkowego dla całej rodziny.
Ponad wie godziny tejże rozrywki dostarczają widzowi odpowiedniej dawki tego, czego się spodziewał. Jest nowa intryga. Nowe wyzwanie. Nowa przygoda. Wiadomo, że będzie dobrze. Świat Piratów z Karaibów po raz kolejny z pokora znosi eksploatowanie tych samych gagów, postaci i przygód. Ale czyż Indiana Jones, Gwiezdne Wojny i inne filmy nie odcinają kuponów od błyskotliwej pierwszej części. Producenci nie chcą ryzykować czegoś nowego, gdy wiedza, że publiczność czeka na kontynuacje. I publiczność zapłaci. I mają rację.

Prawnik z Lincolna (Lincoln Lawyer)
Moralność u prawnika?
Prawnik z Lincolna to dramat rozgrywający tak na sali sadowej jak i poza nią. Ceniący się za swoją skuteczność obrońca wygrywa sprawy swoich klientów, bez względu na to czy ktoś jest winny czy nie. Liczy się gotówka oraz poczucie wyższości.
To on jest panem życia i śmierci. Trzymając z nim (płacąc mu) można być pewnym, że wybiera się to pierwsze zamiast kazamatów wiezień.
Mimo, że temat oklepany to film ogląda się bardzo dobrze. Głównie dzięki wspaniałej kreacji głównego bohatera w jaka wcielił się Matthew McConaughey oraz plejadzie barwnych postaci drugiego planu, które stanowią tło a jednocześnie doskonale poprawiają cały film swoją obecnością.

