Chaotyczna Anna (Caotica Ana)
Z punktu widzenia widza jest znacząca różnica między chaotycznym filmem a filmem o chaosie. Oglądając Chaotyczną Annę mamy wrażenie że reżyser nie wiedział o tej różnicy, oraz jaki wpływ na odbiór filmu bedzie miał zły wybór konwencji. No i tak zamiast wysmienitego filmu mamy chaos. Dobry klimat, rodzący sie na poczatku filmu, zamiast rozwijać się i umacniać w widzu poczucie zagubienia fragmentarycznie paruje z obrazu, pozostawiając niedosyt, czy wręcz niesmak.
A mogła to być niezwykła, metafizyczna podróż po świecie i emocjach. Po uczuciach i ekspresji ich wyrażania. Przy niesamowicie dobranej scieżce dźwiękowej i porządnie nakręconych ujeciach aż się marzy człowiekowi, żeby koncepcja całości - fabularna i reżyserska - nadążała. Tworzyła coś spójnego.
Choć może nie jest aż tak źle. Film mozna oglądac fragmentami. Podzielić go na cześci. Obrazy. Można sie nie przejmować pseudo-mistyczną częścią zabita przez naturalistyczny rozbiór za pomocą hipnozy po trochu jakby z archiwum x. Jako tygiel obrazów i dźwięków film sprawdza się. Jest w nim wiele scen, ujmujacych za serce czy też uderzających w widza swoją ekspresją. Wśród plew są zatem jakieś ziarna. I tylko od widza zalezy, czy będzie się z nich cieszył, że są. Czy też smucił, że tak dużo plew jest w tym wszystkim…
A ja za te przebłyski silnych emocji dam wysoką ocenę…

[REC] (Experimenta el Miedo)
[REC] to hiszpański horror, czerpiący garściami z pseudo-dokumentalnych filmów, takich jak Blair Witch Project czy niedawny Cloverfield (Project Monster), które zasłużenie zostały zapamuietane przez widzów. A także zyskały rzesze swoich fanów.
Tym razem mamy film odtwarzany z kamery profesjonalnej - bo członkami zajść w filmie jest ekipa telewizyjna, która obserwuje prace nocną strażaków. Więc mniej tutaj “trzesienai kamery”. Niewyraźnych obrazów. Niejest to amatorska kamera i ujęcia “z ręki”. Dzięki temu, że reporterka i kamerzysta dostają się w centrum wydarzeń mamy obraz skłądający się zluźnych ujęć ale także z kręconych na szybko wywiadów z innymi członkami wydarzeń. Dzieki temu mamy pełniejszy obraz występujacych postaci.
Obrazowi nie towarzyszy muzyka, tło dźwiekowe stanowi cisza lub odgłosy z otoczenia. Nie ma specjalnego oświetlenia czy planowanych ujęć. Jest więc naturalistycznie - czyli tak jak miało być.

Uprowadzona (Taken)
Przyzwoite kino akcji z elementami thrilleru - ale raczej na poziomie odmóżdzającej rozrywki dla mało wymagającego widza. Nie będę sie rozpisywał - bo nie bardzo jest o czym. Film jest prosty jak budowa cepa, a co za tym idzie nie ma tutaj napięcia ani zaskakujących zwrotów akcji. Nasz główny bohater (Liam Neeson) idzie do przodu jak maszyna bojowa, pozostawiajac za soba wypalona ziemię usłaną trupami.
Nasz Hero walczy oczywiście w szczytnym celu. Jakże amerykańskim. Ale brak mu finezji, żeby mógł sie równać z najlepszymi. Brak mu także humoru, przez co wypada dość patetycznie. Bo branie tego co się dzieje na poważnie czyni całą poważna sytuację przekomiczną. W Szklanej Pułapce wiemy, że to serio/nie na serio. Tutaj, Liam siląc się na powagę wygląda śmiesznie. Z drugiej strony silenie sie na powage jest zbyt sztuczne. I nie wypada wiarygodnie. Zbyt pokracznie, żeby być Batmanem. Zbyt papierowo, żeby było na poważnie…

Batman - Mroczny rycerz (2008)
O najnowszym Batmanie z podtytułem Mroczny Rycerz (Dark Knight) nie napisze Wam wiele. Film jest dobry, ale nie powalający. Film jest dobry i na szczęście nie jest przeciętny czy beznadziejny. Więc oglądając go w kinie na pewno się nie straci pieniędzy. Będą dobrze wydane…
Mroczny Rycerz trwa blisko albo ponad dwie i pół godziny. Przez ten cały czas nie zerkałem na zegarek (pomijając tak gdzieś przy końcówce, gdy zmarzłem od włączonej na przesadne chłodzenie klimatyzacji). I wtedy też wielce się zaskoczyłem, że już dwie godziny za mną. Nie zauważyłem tego upływu czasu a film… ciągle nie było napisów końcowych. Więc pierwszy plus, to to, że film się nie dłuży.

Wall-e (2008)
Niesamowita produkcja Disneya i Studia Pixar. Animowana trójwymiarowa baśń, gdzie pierwsze skrzypce grają emocje, ostrzeżenia i przesłania. Dopracowana fabuła, jakiej nie powstydziłby się żaden dobry film dla dorosłych. Choć właściwie ciężko powiedzieć, czy ten film jest aby tylko kierowany dla dzieci. Uważam, że bardzo dobrze wyważono tutaj rozrywkę i emocje przeznaczone dla młodego widza z warstwą dla tych trochę starszych widzów.
Film dla dzieci czy przestroga przed końcem świata?
Wall-e rozpoczyna się niesamowicie plastyczną wizją świata post apokaliptycznego. Zniszczone miasta, zniszczone budynki, sterty śmieci i brak życia. W tym świecie nawet roboty giną. W ciszy i w samotności kontynuuje działanie wedle programu mały robot sprzątający Wall-e. Niczym samotny Will Smith w opuszczonym Nowym Jorku w I Am Legend, mając za towarzysza karalucha (Will miał psa), mieszkając w kryjówce, chroniącej przed silnymi burzami (Will chronił się przed inną nawałnicą – nawałnicą zombiaków) Wall-e kontynuuje swój żywot, kolekcjonując pozostałości po ludzkiej cywilizacji. Żarówki. Zapalniczki. Plastikowe sztućce. A wieczorem ogląda stare musicale (Will oglądał wiadomości i inne takie). A w okół brud rozpadającego się zaśmieconego świata i gdzieniegdzie jeszcze działające reklamy, obiecujące świetlaną przyszłość w świecie na orbicie (u Willa były to reklamy – a raczej obietnica wiecznego zdrowia dzięki super nowoczesnej szczepionce…). W tym apatycznym, odpychającym świecie rodzi się w Wall-e tęsknota za… właśnie, za kim mógłby tęsknić robot? Może za drugim robotem? To roboty tęsknią?
Szał uczuć przy akompaniamencie wybuchów.
